sobota, 22 października 2016

LUX


MÓJ EDEN TO LUX


Pies przybłęda. Przywołany marzeniem dziecka.
Wyśniony. Przywędrował z Karpat.
Biegł przez Prut i Czeremoszę. Przez Zaleszczyki.
Dalej na Brzeżany. Przez Kozowę.
Śnił o chłopcu. O mnie, z pajdą chleba w ręku.
Czekałem.




Ktoś skrzywdził. Uderzył. Nie głaskany.
Nie przytulany. Nie całowany w czarny nosI.
Biegł do mnie. Po swoje przeznaczenie.
Po swój los.

Czekałem we śnie nad brzegiem jeziora.
Nad złotą lipą. Z chlebem pachnącym od Mamy.
Odnalazł mnie w Edenie.
Mój Lux. Mój Anioł Stróż.
Już nigdy nie miałem psa.

AUTOR A.T.


  
AUTOR A.T.


* zdjęcie - malina M

sobota, 15 października 2016

TOSIA


Sunia. Labradorka. Trzy i pół miesiąca.
Dobroć przez Stwórcę zaprogramowana.
U mnie od ósmej do piętnastej. Rodzinne przedszkole.
Poranne przywitanie. Łapki przetarte i hulaj dusza.
Pędzi sunia na kanapę.
Rozciąga się wszerz i wzdłuż. Niewinność chytra.
Zagłaskiwanie poranne.

Tosia nad oczętami ma długie dziewczęce rzęsy.
Czarny nosek. Ostre ząbki, a na papach łaskotliwe wąsy.
Przygląda się światu. Wronom. Gołębiom i mrówkom.
Gotowa zalizać każde napotkane dziecko.
Dziewczynki z okolicznego gimnazjum zagłaskują Tosię.
Po spacerze zasypia psie dziecko na kanapie.
Dotykam noska, czy ażeby nie ciepły ?
Wdzięczne liżnięcie i rozpłastanie się na całej kanapie.
Rozmowy szeptem.
Tosia śpi.





Tosia ma siostrzyczkę. Prawda nie psią, ale kocią.
Trochę większą od dłoni.
Ludzka Dziewczynka wracała ze szkoły.
Jesienna mżawka. Zwiędłe liście. Zimno.
Podmiejska droga.
Biało - czarna kuleczka na środku drogi.
Małe wołające o litość kociątko.
To tylko chwila.
Nieuważny kierowca przejedzie zagubione istnienie.
Deszcz coraz bardziej zacina. Kocie dziecięce błaganie.
Pewnie Dobry Bóg wystawił na próbę Dziewczynkę.
Mama Dziewczynki nie znosi kotów.
W domu już jest psie dziecko - Tosia.
Kłopotów co niemiara.
Niemowlę kocie w dłoniach. Biało - czarna kuleczka.
Mamo… ! Przepraszam… ! Taki biedaczek…
W domu ciepło. Pipetka i ciepłe mleczko.
Usnęło kociątko owinięte szalikiem.
Kuweta i piasek. Kociątek mądry. Czyścioszek.
Śpi z Dziewczynką. Zabawy z piłeczką i mruczenie szczęśliwe.
Dzień za dniem w pogoni za następnym.
Kociątkowi pokazano Tosię.
Prycha kotek na pieska. Odstrasza zwierza.
Tosia dobroć anielska, gotowa zalizać.
Mżawka jesienna za oknem.
W domu zwierzyniec radosny.

A. T

  
AUTOR A.T.


Zdjęcie z moich zbiorów

sobota, 17 września 2016

JESIENNY KOT

poszedł sobie
hen… hen …





a za płotem liście złote
złoty miód, zielona mgła

za czary jesieni
za krople czerwieni
za mgły, welony i wrony
i melancholię
co pachnie jak deszcz

miodu utoczę jak trzeba
biedronkę poślę do nieba
po marzenie
co pachnie jak chleb

wianek maliną ozdobię
i jak kot pójdę sobie

za mgłę
hen … hen ...


*






MALINA M.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

DLACZEGO PŁACZESZ


DOBRY BOŻE

Dobry Boże.
Marzyłem usiąść z Tobą przy ognisku,
Pomilczeć o wszystkim.
Przyniosłem ze sobą trochę chrustu.
Zbierałem z Mamą. w tajdze. Na zesłaniu.
Płonie wartko. Dym nie szczypie w oczy.




Dobry Boże.
Jak czuje się moja Mama ?
Zabrałeś Ją do raju.
Nie pochwalała zasad
łańcucha pokarmowego.
Nie zabijała swoich zwierząt.

Dobry Boże.
Żegnając na ostatnią podróż,
ktoś, kogo kochałem.
włożył do wewnętrznej kieszeni
piersiówkę.
Płaską butelkę z nierdzewnej stali.
”Jaś Wędrowniczek”
Prawdziwa szkocka.
Trochę więcej niż pół litra.
W sam raz na dwóch.

Dobry Boże.
Rozpalę ognisko.
Jesteś Gromowładny.
Płomienie wzniecasz piorunami.
Zapalę zapałkami. Mam ze sobą.
Tak będzie kameralniej.

Dobry Boże.
Już skończył się „Jaś Wędrowniczek”.
Dopala się ognisko.
Milczymy o wszystkim.
Pożycz na chwilę różdżkę czarodziejską.
Stworzę świat. Jaki chciała
moja Mama.
Wymierzyłem grot w pędzącą planetę.

Zatrzymałem w biegu.
Nawrzucałem na bieguny śniegu.
Wlałem wody do mórz. Oceanów.
Stworzyłem błotniste zawodzie.
Góry. Lasy. Doliny.
Łąki kwieciste. Pola.
I dom rodzinny.
Mego domu już nie ma.

Dobry Boże.
Na tym moim świecie
będą tylko Dziewczyny !!!
Nie ? Dobrze.
Niech będą też chłopcy i inne istoty.
Bo kto będzie zachwycał się
Dziewczynami ?.

Dobry Boże.
Dziewczyny i wszystkie istoty.
Nie będą cierpiały.
Wirując w mym świecie.
Świetliste. Tęczowe.
Gdy przyjdzie ich kres.
Rozprysną się. Znikną.
Jak bańki mydlane.
Opadną kroplą rosy na trawę.

Dobry Boże.
Stworzyłem zwierzęta,
które kochała Mama.
I drapieżniki. Żrą piasek.
Skoczyłem na chwilę na Saharę.
Przyniosłem pół tony.
Rozmnożyłem.
Ludzie, zwierzęta i ptaki żrą piasek.
Gotowany. Pieczony. Na surowo.
Nie zabijają jeden drugiego.

Dobry Boże.
Stworzyłem też diabła.
Na wzór tego
z farnego kościoła w Brzeżanach.
Z widłami.
Pomaga chłopom w polu.
Wrzuca snopy na fury.
W osiedlowym parku
 bawi się z dziećmi. Nosi na plecach.
Chwytają za rogi. Tarmoszą za brodę.
Zaśmiewają się.
Wieczorem odprowadza
każde dziecko do domu.
Napomina. Po kolacji umyj ząbki.
Zmów paciorek.
Ognisko Spłonęło ostatnim żarem.
Pomilczeliśmy o wszystkim.
Oddałem Bogu różdżkę.
Uklękłem w podzięce.
Pozwolił stworzyć świat,
jaki chciała mama.
Ucałowałem
Boskie dłonie.

Dobry Boże !?
Dlaczego płaczesz !?

 A. T

  
AUTOR A.T.


Zdjęcie z moich zbiorów

wtorek, 7 czerwca 2016

DLA A.T.


PANI W SŁOŃCU




ŚWIDNICKA PANI


Świdnicka Pani, Bogarodzico,
W promieniach słońca królujesz nam.
Twoje my dzieci, Tobie oddani,
Pieśń swą wznosimy do niebios bram.

Świdnicka Pani, Królowo nasza,
W piastowskim grodzie zebrany lud,
Hen z krańców ziemi, z dziejów zamieci
Pragnie Ci złożyć swój życia trud

Świdnicka Pani święta Dziewico
Perłami zdobna w ołtarzu tym,
Przyjm modły nasze i swego Syna
Ubłagaj kornie za ludem swym.

Świdnicka Pani o Matko nasza
Weź w Swą opiekę ten polski lud
Niech zawsze wierny Synowi Twemu
Będzie piastowski, świdnicki gród.


tekst: ks. Dionizy Baran
mój wujek


*

Dedykują tę bliską memu sercu pieśń,
od dziesięcioleci śpiewaną u stóp Świdnickiej Pani,
wspaniałemu Człowiekowi i Poecie Panu A.T.


Malina M


sobota, 23 kwietnia 2016

MIAŁEM PSA


MÓJ LUX
Mieszaniec. Przybłęda.




Mój anioł stróż. Wymarzony.
Trochę wilczur. Trochę bernardyn.
Trochę kundel. Wyrośnięty ponad miarę.
Jedno ucho sterczące. Drugie oklapnięte.
Łaciaty pysk grzbiet i brzuch. Brązowe łapy.
Krótka sierść. Ogon biały. Owłosiony. Zakręcony.
Oczydła w brązowych obwolutach.
Nos czarny. Wachlujący.
Między nosem i oczami psi ryj. Wilcze kły.
Czarne wargi – papy. Wąsiska.
Przyjazne. Łaskotliwe.
Jęzor niebezpieczny. Mokra łopata.




Przybiegł do mnie nad brzeżańskim stawem.
Mama miała swojego psa Azora.
Brat niemieckiego owczarka,
A ja byłem samotny Nieszczęśliwy.
Marzyłem o psie.

Gęsiory bezkarnie mnie podgryzały
Nie miałem obrońcy. A Brat miał Kardasza.
Najważniejszy. Panisko na obejściu. Z Bratem partnerzy.
Znikali z domu na zabawy w wojsko i kiczki.
Razem wędkowali. biwakowali.
Objadali się rybami pieczonymi na ognisku,
podkradanymi ze stawu. Mnie traktowali jak powietrze.
Nie dopuszczali do wspólnych wypraw.
Walczyłem o swoje łzami i wrzaskami. Na nic.
Wilczur rozstrzygał konflikty. Podchodził majestatycznie.
Popychał pyskiem w klatkę piersiową. Przewracałem się.
Dobry pies…! Brat obejmował wilczura za szyję. Znikali.

Byłem sam. Marzyłem o psie. Najukochańszym.
Jak Azor dla Mamy. Jak wilczur dla Brata.
Tak samo miał popychać I przewracać Brata.
Jak wilczur mnie. Byłem nieszczęśliwy. Samotny.




Marzenia spełnione. Miałem psa.
Przybiegł do mnie nad brzeżańskim stawem.
Modlitwy zakończone.
Wychodzimy przed kościół.
Przy portalu wejściowym oczekuje koń,
zaprzężony w wózkową karetę.
Wyraźnie zniecierpliwiony.
Na wózku wytargowane bogactwa. Wsiadam.
Mama idzie przodem. Wyjeżdżamy z farnej posesji.
Zadziwienie gawiedzi i rówieśników.

Wracamy do domu.
Gęsiory podkradają się podstępnie.
Sycząc dla otuchy. Gotowe uszczypnąć.
Luks szczerze kły. Groźnie warczy.
Gęsiory tracą animusz. Zawracają.
Jestem kimś.

A. T


  
AUTOR A.T.


Zdjęcia z moich zbiorów
na zdjęciach Lux, a może Azor, ?
a może Kardasz ? a może Bryś ?
a może po trosze każdy z nich ???

I NASZE DZIECIŃSTWO ...
 
Malina M


poniedziałek, 21 marca 2016

STAW


STAW BRZEŻAŃSKI


Władysław Śniadecki postawny starszy pan z sumiastymi wąsami, Codziennie, godzinami opływał na łódce swoje dobra stawowe. Do dzisiaj słyszę Jego głos, nie przebierający w słowach, a przywołujących wiadomych synów do pozostawienia w spokoju Jego ryby. Staw wynajmował od hrabiego Jakuba Potockiego. Odchwaszczał go i zarybiał. Staw był radością Brzeżańczyków.




Zbiornik wodny usadowiony na rzece Złota Lipa, o długości pięć i szerokości jednego kilometra. Spiętrzony ponad poziom Miasta i odgrodzony od niegomasywną ziemną groblą, o długości kilometra. Zbudowana na w zamierzchłych czasach, przez jeńców tatarskich.W 1870 roku grobla pękła i śródmieście miasta woda zalała do wysokości trzech metrów. Brzeżańska grobla obsadzona lipami, z promenadą spacerową, a przy niej ośrodek sportów wodnych, pływalnia i wypożyczalnia łódek, kajaków, rowerów wodnych. Ten ośrodek wybudowano staraniem Dowództwa 51 pułku piechoty strzelców kresowych, stacjonującego w Brzeżanach od 1920 roku.

Grobla miejscem spotkań Brzeżańczyków, spacerów, odpoczynku, rozrywki. Wieczorami na grobli grała orkiestra pułkowa. Z jednej strony grobla opierała się o Siółko z wyniosłym klasztorem o.o. Bernardynów, a z drugiej o Zamosty z posesjami rodzin Państwa Skrzypków i Kogutów. Tuz przed Zamostami na grobli szluza i młyn. Od Zamostów wzdłuż brzegu stawu tory kolejowe do Lwowa.
Kursowała po nich „Luxtorpeda”. Od Zamostów wzdłuż torów ponad kilometr dolina, a na jej zboczu mój dom rodzinny.  Od domu na lewo polna droga przez tunel pod torami wyprowadza na brzeg stawu. Urwista gliniana skarpa z tysiącami dziur z gniazdami jaskółek. Świergot i szczebiot. Słońce ogniste. Rozległa plaża z wózkami wody gazowanej i lodów smakowitych od Haeclów. Gwar plażowiczów kąpiących się w stawie.




Staw pastwiskiem Maminych gęsi i kaczek.
Tam moje kresowe dzieciństwo. Przedmieście Brzeżan. Dolina między lotniskiem i stawem. Obowiązki w gospodarstwie podzielone. Najmłodszy pasie gęsi i kaczki. Do dzisiaj medytuję kto kogo pasł ? Musiałem je wyprowadzać na wypas na staw. Każdego ranka gęsi i kaczki napierały z każdej strony, poganiały do wyjścia. Gęsiory wydzierały się. Szczypały po nogach. Syczące żmije. Bez szacunku dla mnie. Kaczki czekały pod drzewem przy bramie. Poganiały głośnym kwakaniem. To był ich czas, a mój obowiązek. Wyprawa na wypas. Kaczki wiedziały, że przy mnie są bezpieczne, a tak najbardziej to
pod drzewem. Nad doliną latały jastrzębie i orły. Czaiły się ukryte w słońcu. Spadały kamieniem z nieba. Porywały ptactwo domowe. Kaczki wiedziały o tym. Były mądre.

Kaczki coraz głośniej kwaczą. Gęsi ruszyły do bramy. Mama wręcza kapelusz. parasol. koc i patyk. flaszkę herbaty i pajdę chleba. Ruszamy na wypas za bramę, na lewo, na staw. Przodem gęsi. Rozgadane. Rozdyskutowane. Rozkrzyczane. Za nimi kaczki. Grzeczne. Coś szwargocą pod dziobami. Na końcu ja, objuczony bebechami. Kapelusz na głowie. Pajda chleba w ręku. Któryś z gęsiorów odwraca się. Wyciąga szyję. Sycząc pędzi w moim kierunku. Szczypie po nogach. Wraca do stada zachwycony. Opowiada pobratymcom: Dał popalić…! Wzbudza wrzaskliwy entuzjazm. Inne gęsiory i też małe gęsiątka - puchatki pędzą z wiadomym zamiarem. Nie byłem Mamą. Dawałem do zrozumienia, że przywalę po łbie. Zawracały, ale nie traciły dobrego humoru.

Dalej droga przez tunel. Nad nim kolej do Lwowa. Wkraczamy na plażę. Gęsi z rozbiegu dają nura. Płyną na środek stawu. Kaczki obok stłoczone. Szwargocą pod nosem. Spoglądają w niebo. Tam jastrzębie. Przy mnie bezpieczne. Kilkadziesiąt metrów na prawo zwisają wierzby nad wodą. Szuwary. Też bezpiecznie. Zaprowadziłem tam kaczki. Wskoczyły do wody. Zniknęły w szuwarach pod osłoną wierzb. Nie byłem już potrzebny. Do dzisiaj zastanawiam się dlaczego kaczki wybierały szuwary, a gęsi środek stawu. Wreszcie olśnienie. Mamine gęsi to chytre złodziejaszki. Pan Władysław Śniadecki toczył wojnę z kłusownikami podkradającymi jego ryby. Opływał staw odgrażając się soczyście niegodziwcom. Mój Brat, jego wilczur i wataha kumpli, jak się okazało, też mieli za uszami. Wędkowali w szuwarach wyciągając dorodne szczupaki i karpie. Na ognisku rozpalonym nieopodal piekli złowione sztuki. Objadali się nimi dzieląc się sprawiedliwie z Kardaszem. Pan Władysław Śniadecki widział podrostków i psa krzątających się przy ognisku. Podpływał i grożnie im się przyglądał. Do głowy mu nie przychodziło, że nicponie leżąc rozliniewienie na piasku obok ogniska, z patykami z nabitymi na końcach ziemniakami, zanurzonymi w ognisku, niby opiekając je, wyrażnie z Niego dworowali. Nie widział wędek schowanych w trawie. Odpływał uspokojony.

A Mamine gęsi ? A one też zachowywały się podejrzanie. Widziałem to. Słysząc i widząc z daleka Pana Śniadeckiego pośpiesznie opuszczały środek stawu i chowały się w szuwarach. Ponownie wynurzały się i wracały na jego środek, gdy Pan Śniadecki odpływał i był już daleko. Ani ja, ani Pan Śniadecki nie domyślaliśmy się, ze te na pozór niewinne gęsiska i gęsiątka puchatki, wyjadały narybek, który Pan Władysław wypuszczał na rozmnożenie. Nie dziwota, że te chytre złodziejaszki, futrowane wybornym zbożem i rybkami stawały się przerośniętymi zbójami.

Pan Władysław Śniadecki i jego Synowie uratowali Brzeżany od zatopienia. W 1944 roku faszystowscy, niemieccy najeźdźcy, wycofując się z Brzeżan, postanowili zniszczyć fragment grobli i zalać Miasto. Obok młyna założyli ładunki wybuchowe wzdłuż grobli. Pan Śniadecki wypatrzył je. Pod osłoną nocy, wraz z Synami odciągnął je w głąb stawu. Niemcy zdetonowali ładunki. Jedynie lekki przeciek ich skutkiem.



  
AUTOR A.T.


Zdjęcia z moich zbiorów 

sobota, 27 lutego 2016

TAJGA


NA BEZDROŻACH
 



Mama
oddziaływała na otaczający świat,
a szczególnie na zwierzęta.
Nawet na dzikie.
 Miała z nimi telepatyczny kontakt.
Byli jednością

W tajdze zbieraliśmy grzyby. Jagody.
Wytaczaliśmy sok z brzozowych drzew.
Zapuszczaliśmy się daleko w otchłań tajgi.
Dokładnie wiedziała jak ominąć zdradliwe topiele.
Orientowała się gdzie jesteśmy.
Bezbłędnie odnajdywała powrotną drogę.
Lubiła tajgę. Znała tajemnice leśnych szlaków.
Ledwie widoczne draśnięcia na drzewach.
Złamana gałązka. Zmięte źdźbła trawy.
To znaki tajgowych trop. Rozumiała je.
Ślady pozostawiali Komi – Piermiacy.
Leśni ludzie. Rdzenni mieszkańcy tych stron.
Prowadziły do ich siedlisk
Ukrytych w tajdze.

Niedźwiedzie napadają na zwierzęta. Ludzi.
Samotne wędrowanie po tajdze igranie z losem.
Mama nie bała się niedźwiedzi. Śmiało wkraczała do tajgi.
Co jakiś czas przed i za nami trzeszczały łamane krzaki.
To umykał niedźwiedź. Mama pohukiwała. Śmiała się.




Głucha tajga. Porzucona faktoria.
Kilka piętrowych domów na polanie.
Przy każdym, kilkumetrowa ażurowa wieża,
Kilka płytkich baseników.
Wieże przeznaczone do suszenia,
a baseniki do moczenia skór.
W oknach szyby. Niektóre wybite.
Otwarte okiennice. Zabezpieczone klinami.
Drewniana czasownia - kaplica prawosławna.
Ikony na ścianach. Drzwi na oścież.
Makówka wieńczy strzelisty dach.
Trojkrzyż prawosławny na szczycie.
Cisza. Szum drzew. Zarośla.
Tajga napiera na zabudowania.

Żywej duszy. Faktoria
miejsce skupu i wyprawy skór z dzikich zwierząt.
Puszniny. Mieszkańcy faktorii porzucili siedzibę.
Wymarli od zarazy ? Uciekli ? Zamordowani ?
Mama nie pozwoliła wejść do domu.
Do czasowni.
Niepokój. Uczucie zagrożenia …

A. T


  
AUTOR A.T.


Zdjęcia z moich zbiorów 

sobota, 23 stycznia 2016

W PAMIĘCI



SYBERYJSKA ZIMA




Syberyjska zima.
Pociąg rusza. Kilka tygodni w drodze.
Ochrona odblokowała jedno okno.
Można otwierać.




Mroźne powietrze wpada do wagonu.
Pociąg mknie. Lasy tonące w śniegu.




Telegraficzne słupy odmierzają wiorsty.
Wciąż lasy i lasy. Bezkresna biel. Tajga.




Którejś nocy, na postoju,
gwałtownie odsunięto drzwi wagonu.
Rozkaz ruskiego bojca:
Wygrużajtieś !
Na peronie szpaler sołdatów. Mróz.
Czerń nieba podparta bielą tajgi.
Gwiazdy zamarłe w bezruchu.




Zesłańców objuczonych tobołami,
przemarzniętych, głodnych, przerażonych,
wyprowadzają przed dworzec.

Niezliczone ilości sań
zaprzężonych w pojedyńcze konie.
Dziwne ciężarowe samochody
z pionowymi długimi beczkami przy kabinie.
Promieniowały ciepłem.

Jedziemy saniami.
Śnieżna wąska droga
zatopiona w zwałach śniegu.




Mijamy nieliczne puste wsie.
Domki z drewnianych bali na zakładkę.
Trzy okienka. Wybite szyby.
Wiatr trzaska okiennicami. Wyrwane drzwi.
Wygnańcy z przerażeniem
wpatrują się w trzewia
porzuconych ludzkich siedlisk.
Jaki los spotkał ich mieszkańców ?




Woźnica nie odpowiada na pytania.
Nie wykazuje współczucia.Jest mu ciepło.
Szczelnie okryty futrzanym tułupem.
Czapka uszanka z zajęczych skór.
Na nogach walenki z kaloszami.
Wiezie wrogów ludu. Nienawidzi ich.




Kondukt skazańców
podąża ku swemu przeznaczeniu.
Zmarłych pozostawia w śnieżnych zaspach.
Krzyk rozpaczy pożegnaniem.
W tajdze strzały.
To drzewa pękają od mrozu.

A. T


  
AUTOR A.T.


* Zimowe zdjęcia - Malina M
 

środa, 23 grudnia 2015

MYŚLI WIGILIJNE

Po drugiej stronie światła
przysiadły na brzegu cienia
zwyczajna życzliwość
i niezwyczajna Miłość




Po drugiej stronie Chleba
nie ma już głodu serca
jest zwyczajna życzliwość
i niezwyczajna Miłość

Osiołek zapomniał krzywdy,
z radości, że jest potrzebny.
Gwiazda zgubiła gdzieś drogę,
zamieszkała w naszych oczach

Po drugiej stronie Nocy
kolęda otwiera drzwi serca.
Bóg staje się Człowiekiem
łza spada płatkiem śniegu

Okruszyna białego Chleba
zwyczajna życzliwość
niezwyczajna Miłość



A.T.
Malina M


 *

 autorka wiersza - Malina M

wtorek, 22 grudnia 2015

POWROTY


BĘDĘ CZEKAŁ
                    NA TWOJE POWROTY


W nieśmiałej poświacie księżyca.
Będę czekał na Twoje powroty.
Usłyszę kroki na grobli,
Zawołam !
Czy jesteś ?! Tamtą ?! Dziewczyną ?!

Będę czekał na Twoje powroty
u progu Twego domu.
Nie zapukam. nie wejdę bez Ciebie.

Będę czekał na Twoje powroty
przy stawie.
Garść wody przytulisz do twarzy.
Spadną krople rosy.
Gorzkie.
Na trawę.

Będę czekał na Twoje powroty
na ulicach Miasta.

Przypomnisz nazwy zapomniane.
Pójdziemy na popielisko mego domu.

Będę czekał na Twoje powroty
w dolinie przy lotnisku.
Staw. Tunel. Tory do Lwowa.
Słońce. Rozmowy jaskółek. Babie lato.
Utkasz całun z warkoczy babiego lata.
Otulisz Miasto. Dolinę.
Popielisko mego domu.
Wygnańcy z Edenu chronią całun.
Z piętnem krwawych wspomnień.

Będę czekał na Twoje powroty
Przed ołtarzem farnego kościoła.
Dar wygnańców z Edenu.
Wdowi grosz.

Bóg uklęknie przy Tobie.
Skłoni głowę.

Będę czekał na Twoje powroty.
Przy cmentarnej kaplicy.
Drzwi otwarte. Dach dziurawy.
Chrystus zmarznięty na krzyżu.
Okryjesz Boga płaszczem.
Rozgrzejesz modlitwą.
Zmarłym wybłagasz. zbawienie.

Będę czekał na Twoje powroty
na zamkowym placu.
Wskrzesisz mury obronne.
Komnaty z kobiercami.
Rozkołyszesz dzwony zmartwychwstałe.
Ruszą pancerni w paradnym szyku.
Stuk kopyt. Iskry na bruku.




Stary wiarus przyklęknie,
Witaj Królowo powie szeptem.

Witaj Brzeżańska Królowo.
Bernardyńska. Stawowa. Farna.
Siółkowa. Rajska. Groblowa.
Zamkowa. Zamostowa. Chatkowa.

Adamowska. Ratuszowa.
Z koroną na sercu. Z cierniowych kłów.
Podarowała jeden.
Krwawi wspomnieniem.

W srebrnej poświacie księżyca
Śni miasto i dolina.
Na stawie spłoszony ptak
poderwał się z krzykiem.
Na Farnym dzwon zagrał
ostatnim tchnieniem

I
cisza.
Będę czekał
na Twoje powroty.

A. T


  
AUTOR A.T.


Zdjęcie z moich zbiorów  przedstawia obraz olejny nieznanego autora z końca XIX wieku

W tym roku, w Adwencie, tradycyjnie trwa u nas zbiórka pieniędzy na POMOC KOŚCIOŁOM NA WSCHODZIE. Że są tam bardzo potrzebne, nie trzeba chyba tłumaczyć.
Idą Święta, sercem powracamy do tamtych stron ... Wielu z nas pozostawiło tam swoje rodziny, wielu wspomina swoich bliskich zmarłych i ich groby, często już bezimienne, rozsiane na Wileńszczyźnie, Polesiu, na Wołyniu i Podolu, bezkresnej Syberii czy na stepach Kazachstanu.  Ofiarujmy modlitwę ofiarujmy  materialną pomoc ... kto może ... kto chce ...


 POMOC

Zespół Pomocy Kościołowi na Wschodzie
Skwer Kard. S. Wyszyńskiego 6,
01-015 Warszawa
z dopiskiem: „Kościołowi na Wschodzie”

Wpłaty w PLN
89 1090 1014 0000 0000 0301 4449
Bank Zachodni WBK


*

Malina M

niedziela, 20 grudnia 2015

JESIENNA

  
 WYLICZANKA  
 
z jesienną panią
jesienny pan
pod parasolem
z liści i łkań
 



pan panią kocha
a jesień szlocha
tego nie zniesie
rzucił ją wrzesień
 
jesień niecnota
zazdrość nią miota
miota okrutnie
więc coraz smutniej
 
oj zazdrośnico
rozjaśnij lico
bo da ci kopa
i pan listopad
 
 
  .

jesienne portrety
w ostatnim jesiennym dniu
"malowała" Malina M
 

*

poniedziałek, 16 listopada 2015

POMILCZEĆ O WSZYSTKIM






POŻEGNANIE

Tajgowe tropy.
Wynurzenie z gęstwiny.
Stromy brzeg. Zakosy rzeki.
Słońce.
Drzewo schylone nad wodą.
Zadziwione swoim odbiciem.
Zastygłe w medytacji.
Kępy brzóz na wysepkach.
Otoczone bagnami.
Zawódż.
Płaty liści na toni.
Lilie zauroczone niebem.
Zielona dal.


Na horyzoncie pionowy słup dymu.
Płonie tajga.
Bezwietrzna cisza.
Mama w bezruchu.
Zapatrzona w dal.

A. T



  
AUTOR A.T.


* Wiersz zadedykowany autorowi obrazu - Tomaszowi

Zapraszam na blog Tomka



sobota, 14 listopada 2015

LISTOPADOWE ŁZY





 POŻEGNANIE TYCH,
KTÓRZY ODESZLI


Szumią lipy na grobli.
W żałobnym kroczą kondukcie.
Wyszeptują imiona tych co byli.
Odeszli.
Szumią lipy na grobli.
Smutne wdowy płaczki.
Wyszeptują modlitwy za tych, co byli.
Odeszli.
Szumią lipy na grobli.
Pochylone nad stawem.
Opłakują tych, co byli.
Odeszli
Łzy liściowe bolesne.
Płyną, krążą na wietrze.
Opadają na groblę
jesiennym listopadem

A. T


  
AUTOR A.T.


* Zdjęcie z moich zbiorów


wtorek, 10 listopada 2015

CZŁOWIECZY LOS

Krzyk dziecka.
Powracający sen Zesłańca.




DROGA NA SYBIR


Skrzypi śnieg pod płozami sań.
Obejście za nami.
Rżenie koni. Ryczenie krów. Gęganie gęsi. Zegnają.
Na zawsze.
Ukrainiec woźnica podcina konie.
Na saniach z przodu. Z tyłu sowietskije bojcy.
Bagnety na sztorc. Wiozą wrogów ludu.
Karą dla nich Sybir ! Zniewolenie. Głód.
Kurza ślepota. Szkorbut. Mróz. Komary.
Meszki. praca ponad siły. Śmierć.
Pod płozami skrzypi śnieg.
Wczesny świt.
Na lewo lotnisko. Na maszcie nie powiewa
biało - czerwony rękaw. Skręt na prawo.
Trakt Złoczów - Brzeżany. W saniach Mama.
Ojciec. Brat. Nieprzytomny chłopiec.
Zemdlał. Zabili jego psa. Luksa. Siostra gimnazjalistka
na stancji w Brzeżanach. Dziewczynka ma szesnaście lat.
Mama rozpacza. Co będzie z tym dzieckiem ?
Ojciec pociesza. Pójdzie na Siółko do swoich ciotek.
Przetrwa.
Na rozdrożu Brzeżany – Potutory stoi siostra.
Czeka na mrozie.
Ktoś poinformował o deportacji. Wybrała swój los.
Drogę krzyżową z Edenu na Sybir.
Ileż serca. Ileż poświęcenia. Ambitna. Wytrwała.
Z Sybiru wróciła.
Potutory. Załadunek do towarowych wagonów.
Żelazny piecyk na środku. Burżujka. Prycze.
Sanitarny otwór w rogu. Zaryglowane okna. Kraty
Siarczysty mróz. Wagon przepełniony. Duszno.
Piecyk rozpalony do czerwoności. W wiadrze wrząca woda.
Pociąg rusza. Metaliczny daleki grzmot.
Parowóz zamiast do przodu. Cofa się.
Uderza w pierwszy wagon. Bufory sprężają się.
Następny wagon przyjmuje cios. Przekazuje dalej.
Nasz wagon na końcu. Przybliża się łoskot.
Narastający. Uderzenie.
Rozżarzony piecyk przymocowany do podłogi.
Z otwartych drzwiczek wypada żar.
Wiadro z wrzątkiem przewraca się. Krzyk.
Ktoś poparzony. Ktoś zwalony na podłogę.
Na pryczę. Ściśnięte bufory rozprężają się.
Fala uderzeń wraca do lokomotywy.
Gwałtowne szarpnięcie. Pociąg rusza.
Kilka tygodni w drodze. Ochrona odblokowała
jedno okno. Można otwierać. Mrożne świeże powietrze
wpada do wagonu. Pociąg mknie.
Lasy. Telegraficzne słupy odmierzają wiorsty.
Wciąż lasy i lasy. To tajga. Którejś nocy na postoju
gwałtownie odsunięto drzwi wagonu.
Rozkaz ruskiego bojca: Wygrużajtieś !
Na peronie szpaler sołdatów.
Zesłańców objuczonych tobołami wyprowadzają
przed dworzec. Niezliczone ilości sań.
Zaprzężone w pojedyncze konie
Dziwne ciężarowe samochody z pionowymi
długimi beczkami przy kabinie, promieniowały ciepłem
Jedziemy saniami. Śnieżna droga przetarta.
Mijamy nieliczne wsie. Puste.
Domki z drewnianych bali na zakładkę.
Trzy okienka. Wybite szyby. Wiatr trzaska okiennicami.
Wyrwane drzwi. Wygnańcy z przerażeniem
wpatrują się w trzewia porzuconych ludzkich siedlisk.
Jaki los spotkał ich mieszkańców ?
Woźnica nie odpowiada na pytania.
Nie wykazuje współczucia. Jest mu ciepło.
Szczelnie okryty futrzanym tułupem.
Czapka uszanka z zajęczych skór. Na nogach
walenki z kaloszami. Wiezie wrogów ludu.
Nienawidzi ich.
Kondukt skazańców podąża ku swemu przeznaczeniu.
Zmarłych pozostawia w śnieżnych sugrobach.
Krzyk rozpaczy pożegnaniem.
W tajdze strzały. To drzewa pękają od mrozu.
Którejś nocy podjeżdżamy pod barak.
Wchodzimy do środka. Nary.
Piece burżujki rozpalone do czerwoności.
Dostajemy kipiatok. Nic do jedzenia
W baraku kilkaset osób. Ciepło.
Byłem smutny. Nie reagowałem na otaczający świat.
Serce przepełnione rozpaczą. Wciąż byłem w Edenie
z moim psem Luksem. Przemierzaliśmy naszą dolinę.
Obejmowałem za szyję. Całowałem po pysku.
Obślimaczonym czarnym nosie. Nie odpowiadał.
Nie lizał po twarzy. Nie odpychał łapami.
Rozpaczałem bezmierną dziecięcą rozpaczą.
Zapadłem w niespokojny sen.
Zerwałem się nieprzytomny. Krzyk rozpaczy
Mamo ! Mamo ja chcę do domu !
Gdzie jest mój Luks ?! Mój Luks ! ?
Chcę do domu !
Mama przytuliła. Płakałem ciężko. Mama też.
Płacz zranionego przez los dziecka rozlegał się w baraku.
Nieutulona rozpacz.
Nie pamiętam tego zdarzenia.
Opowiedziała wiele lat później moja chłopska Mama.
Swoje zwierzęta i mnie kochała po równo.
Nie całowała. Nie obejmowała.
Zwracałem się do niej przez wy.
Kochałem jej zwierzęta.
Nie pozwalała ich zabijać.
Nie uznawała zasad łańcucha pokarmowego.

A. T


  
AUTOR A.T.




Długo myślałam, jakie wybrać zdjęcie, żeby zilustrować ten przejmujący, głęboki prawdziwy wiersz A.T. Trudno wybrać, bo przecież mój obiektyw rejestruje świat tu i teraz. 


WYBRAŁAM MOJE ULUBIONE ZDJĘCIE


Myślałam :
nazwę to zdjęcie
KRZYK


Pomyślałam :
to za mało !
nazwę to zdjęcie
CISZA



niedziela, 8 listopada 2015

PAMIĘĆ O JANIE




GŁÓD

Jan Kogut zmarł z głodu.
Deportowany na Sybir. Miał majątek w Zamostach,
tuż przy grobli w Brzeżanach.
Wywieziony wraz z żoną, młodą kobietą,
z dzieckiem urodzonym w drodze na Sybir.
Bezbronny wobec przemocy. Oprawcy wpadli
do domu. Kazali się zbierać.
Był przerażony. Ubrał żonę. Siebie.
Nie wiedział jakie rzeczy brać ze sobą.
Zawinął do koca figurkę Świętej Panienki.
Gipsowa. Półmetrowa. Rozmalowana.
Złożone do modlitwy ręce.
Takie figurki widujemy w kościołach i na odpustach.
Jechali z nami w jednym wagonie. Dzielili ten
sam los. Przemarzł. Kaszlał. Wygnańcy współczuli.
Dali jakieś ciepłe rzeczy do okrycia, ubrania.
Dzielili się żywnością. Miał Świętą Panienkę.
Jedyny znak chrześcijańskiego kultu. Szanowali.
Miał odwagę przemycić Matkę Boską.
Oprawcy zabraniali mieć krzyżyki. Biblie. Śpiewniki.
Posiadaczy tych rzeczy wyprowadzali z wagonu.
Nie wracali. W Janczer Pan Kogut nie stawił się
do wyrębu lasu. Miał sześćdziesiąt pięć lat.
Stary. Chory. Oprawcy uznali, że symuluje.
Nie dostał żywnościowych racji. Jego żona też
bez przydziału żywności. „Kto nie rabotajet
tot nie jest”. Hasło bolszewików.
Oprawcy litościwi. Przyznali prowiant dziecku.
Kubek zupy z dietskiego sada. Pół litra dziennie.
Każdego ranka Kogutowa przybiegała do przedszkola
z garnuszkiem. Kucharka nalewała pół litra zupy.
Gorącej. Pachnącej. Kogutowa zwierzęco głodna.
Biegła do domu. Upijała łyczek. Póżniej drugi.
Póżniej trzeci. Resztę zostawiała dziecku.
Skazańcy widzieli. Współczuli.
Wszyscy byli głodni, ale nie tak. Litowali się.
Znosili do ich domu mizerne kawałeczki chleba.
Trochę kaszy jaglanej. Kogutowa rozpaczała.
Zima. Przyszedł do naszego mieszkania.
Przyniósł w zawiniątku Madonnę. Postawił na stole.
Odwinął okrycie. Bolejąca Madonna na stole.
Zatopiona w modlitwie.
Mama postawiła przed starym
schorowanym człowiekiem miskę z kaszą jaglaną.
Porcja na pięć osób. Nasz dzienny przydział.
Miska stała przed Panem Kogutem.
Był głodny. Bardzo głodny.
Wziął łyżkę wyciosaną z drzewa i podzielił kaszę
na sześć części. Swoją mizerną działkę zjadł.
Odsunął miskę. Na nic namowy, ażeby zjadł
całą kaszę. Dostał kawałeczek chleba i herbatę.
Bez cukru. Nawar z liści jagodowych.
Nie znaliśmy cukru. Chleb zjadł. Herbatę wypił.
Ogrzał się. Odpoczywał. Burżujka rozpalona
do czerwoności. Pan Kogut rozgrzewał nogi,
wyciągnięte tuż przy piecyku, owinięte szmatami.
Kawałki gumy zamiast butów. Z opony samochodowej,
przewiązane sznurkami. Ojciec wyciągnął
spod pryczy swoje buty. Proszę ubrać.
Miał zapasowe. łapcie.
Pan Kogut rozgrzewał nogi. Milczał.
Myślami w Brzeżanach. Synowie. Córki. Żona.
Rodzinny dom. Łany pszenicy. Staw. Śłońce
Rozmowy jaskółek.
Mama rozwiązała sznurki. Zdjęła gumowe
korytka. Szmaty. Owinęła stopy onucami.
Naciągnęła buty. Pan Kogut milczał.
rozgrzewał nogi.
Na odchodnym powiedział :
„Za waszą łaskę chcę wam podarować Madonnę”
Milczenie.
Na stole Madonna zatopiona w modlitwie.
Przed nami chory, głodny człowiek.
W jego domu głodne małe dziecko. Zrozpaczona żona.
Bez nadziei. Bez ratunku.
Na stole kawałek chleba z naszego
dziennego przydziału. Też jesteśmy głodni, ale mniej.
Mama zawinęła madonnę wraz z kawałkiem chleba.
Włożyła w ręce Pana Koguta. Powiedziała :
„Prosimy przychodzić do nas zawsze. codziennie.
będziemy czekali”. Zanosiła do ich domu
trochę chleba. Trochę kaszy.
Pan Kogut umierał.
Madonna na stoliku obok.
Zatopiona w modlitwie. Ręce zwarte w bólu.
Wygnańcy obok. Nieprzytomny. Głowa na poduszce.
Ktoś litościwy przyniósl. Ręce na kocu.
Czegoś szukają.
Zatrzymały się. Odnalazły chleb,
Tego chleba tu nie ma.
Wkłada do ust.
Przeżuwa chleb.
Tego chleba tu nie ma.
Zacicha. Ręce opadają. Odszedł.
Madonna obok. Zatopiona w modlitwie.
Mama zamknęła oczy męczennika.
Kobiety umyły zesłańca. Złożyły do trumny.
Ich twarze ?!
Staruszki. Wycieńczone głodem.
Pracą ponad siły. W łachmanach.
W porywie serca przyniosły resztki odzieży.
Ktoś koszulę. Ktoś spodnie. Ktoś inną część bielizny.
Przechodzone. Załatane. Czyste. Ostatni dar.
Ubrały. Stałem obok Mamy. Dziecku osiem lat.
Świadek męczeństwa. Kurza ślepota. Szkorbut.
Ręce. Nogi w strupach. To komary. Meszki.
Żywcem zżerają do póżnej jesieni.
Zima - wytchnieniem.
Dziecko głodne. W łachmanach. Przeżyje. Wróci.
Opowie.
Trumna z sosnowych surowych desek.
Pachną żywicą. W rękach krzyżyk wyciosany
z brzozowej gałęzi. Rozświetlony bielą.
Zaciśnięte palce.
Spoczął na prawosławnym cmentarzu w tajdze.
Madonna.
Dziecko. Żona Pana Jana Koguta
Zatraceni w tajgowym bezkresie.

A. T


  
AUTOR A.T.


* Zdjęcie z moich zbiorów
taka moja fotograficzna etiuda
światło, cień i kolor ... życia


niedziela, 1 listopada 2015

EPITAFIUM


MĘCZENNIKOM
SYBIRU

 


Nadejdzie sądny dzień.
Oprawcy staną przed Bogiem
świadomi wyrządzonych krzywd.
Usłyszą osąd ofiar, krzyk ich męki.
Zakatowani na Syberii opuszczą swe groby.
Dzieci. Kobiety. Mężczyżni. Starcy.
Spojrzą w oczy morderców.
Wstaną aniołowie.
Ich szaty pokryte kirem.
Wejdą w kondukt żałobny.
Zliczą zmarłych.
Wielki boże…?! Zawołają !
Liczymy ! Wciąż liczymy !
A nie widać końca marszu golgoty ?!
Nie liczcie,
Odrzeknie Bóg.
Umierałem z każdym z nich.
Znam wszystkich.

A.T.


 REQUIEM

Cmentarze na Syberii.
W tajgowej głuszy.
Na stepach Kazachstanu.
Po krąg polarny.
Na brzegu każdej spławnej rzeki.
Nad morzem Kaspijskim.
Cmentarze. Tysiące cmentarzy
bezimiennych wygnańców z Edenu
W dnie zaduszne nie płoną ognie.
Nie słychać modlitwy.
Szum tajgi.
Gorycz bylin stepowych.
Pustynna spiekota.
Rachunek krzywd.

 A.T.
   

  
AUTOR A.T.


* JEDYNE ZDJĘCIE Z SYBERII jakie posiadam.
Na zdjęciu Wujciu Stasiu, brat mojej Babci. Jego historię i jeszcze inną, syberyjską, opowiedziałam na moim drugim blogu. Zapraszam, oto link :

 Malina M
 

czwartek, 29 października 2015

KROPLE DESZCZU


MAKI
Cudownie piękne i najbardziej bezbronne.


 



  KROPLE DESZCZU

Zdjęcia Dziewcząt
z tamtych lat - listy z przeszłości.
Zdjęcia Dziewcząt z tamtych lat
Pamięć.
Krople deszczu.
Rozkwitły maki.
Zapłonęły czerwienią.
Grają na strunach z promieni słońca
rozciągniętych na ramionach tęczy,
Krople deszczu i maki.
Tańczą w duecie z wiatrem,
wśród kłosów pszenicy,
Oczarowane uśmiechem Dziewczyny
maki.
Uśmiech Dziewczyny.
Zaczarowane maki.
Pamięć.
Krople deszczu.

A. T

DZIEWCZYNOM,
którym czas nie dodaje lat 


REQUIEM.

Polne drogi zarosły.
Spalona stodoła. Sad.
Resztki drzew. Pola. Łany zbóż.
W niebie zawisł skowronek.
Śpiewa ukryty w słońcu.
Wiatr. Tamten wiatr. Szumi w zbożu.
Przygina kłosy pszenicy do ziemi.
Na chwilę ucichł. Zamyślił się.
O czym myśli ? Kogo wspomina ?
Dziewczynę w niebieskiej sukience,
w białe groszki.
Krucze włosy opadają na szyję.
Mienią się w słońcu.
Maki.
Dziewczyna zapatrzyła się na maki.
W zbożu zawsze kwitną maki.
Dziewczyny i maki pozostały w Eldorado.
Wciąż tam są.
W Eldorado kwitły maki.
 
 A. T
   
  
AUTOR A.T.


*  Obrazek, który namalowałam w 1981 roku.
Z RADOŚCIĄ OFIAROWUJĘ MISTRZOWI - A.T.

 

niedziela, 25 października 2015

JESIENNIE

 
            PRZEMIENIŁ SIĘ WRZESIEŃ
                       W PAŹDZIERNIK







Przemienił się wrzesień w październik
Resztkami babiego lata.
Krótki deszcz. Nie łzy. Poranne umycie twarzy.
Na kolanach pies. Pogłaskałaś.
Spojrzał w oczy. Odgadł.
Moje serce psie. Wyje tęsknotą za Brzeżanami.
Autostradę nawija na koła samochód.
Pola zamiecione żniwami. Słońce zapada w sen.
Lipy płoną czerwienią Płoną też na grobli w Brzeżanach.
W dziesiątych pokładach pamięci mój pies przybłęda.
Mama. Nie wiedziałem kim jestem. Może psem.
Może ludzkim szczeniem. Byłem w Brzeżanach.
Wpadłem po ogień na zjazd. Ogrzeję serce stęsknione.
Czekałem. Przybiegłaś zmęczona. Na głowie zjazd.
Chwila wytchnienia. Obok usiadł ksiądz.
Ten nowy w Brzeżanach.
Podarowałem kilka wierszy.
Będzie czytał wiernym w Brzeżanach.



  
AUTOR A.T.


* Zdjęcie z moich zbiorów

wtorek, 22 września 2015

PO TĘCZY

pójdę piechotą do Twojego nieba
po miłości dojdę do Twojego światła



     
Na brzegu tęczy zostawiłeś mi barkę
na brzegu miłości zostawiłeś nadzieję
i jeszcze adres do domu Ojca
z uwagą, żebym nie zgubiła

Pokazałeś jak rozpacz czarną
w siedem kolorów światła zamienić
i siedem cudów przebaczenia
i jeszcze ósmy cud przemiany




Na brzegu tęczy znak mi postawiłeś
drogowskaz do mojego serca
miłosierdzie przed sprawiedliwością
uschnięty krzew i kwitnący figowiec

Jak mam iść, żeby pójść za Tobą
na drugi brzeg niebieskiej tęczy
gdzie mądrość nigdy nie więdnie
a miłość nie umiera




Miłość i odpowiedzialność.
trud istnienia i ból egzystencji
pytanie o sens cierpienia
i granice nadziei wbrew nadziei.

Chociaż odszedłeś,
zostało wołanie o świętość
i dróg tysiące, co prowadzą 
do domu, którego adres
zostawiłeś nam odchodząc




AUTORKA: MALINA M



* Zdjęcia podwójnej tęczy nad Sudetami są moje.
Do jednego pozwoliłam "dokleić" postać Ojca Świętego