niedziela, 20 grudnia 2015

JESIENNA

  
 WYLICZANKA  
 
z jesienną panią
jesienny pan
pod parasolem
z liści i łkań
 



pan panią kocha
a jesień szlocha
tego nie zniesie
rzucił ją wrzesień
 
jesień niecnota
zazdrość nią miota
miota okrutnie
więc coraz smutniej
 
oj zazdrośnico
rozjaśnij lico
bo da ci kopa
i pan listopad
 
 
  .

jesienne portrety
w ostatnim jesiennym dniu
"malowała" Malina M
 

*

poniedziałek, 16 listopada 2015

POMILCZEĆ O WSZYSTKIM






POŻEGNANIE

Tajgowe tropy.
Wynurzenie z gęstwiny.
Stromy brzeg. Zakosy rzeki.
Słońce.
Drzewo schylone nad wodą.
Zadziwione swoim odbiciem.
Zastygłe w medytacji.
Kępy brzóz na wysepkach.
Otoczone bagnami.
Zawódż.
Płaty liści na toni.
Lilie zauroczone niebem.
Zielona dal.


Na horyzoncie pionowy słup dymu.
Płonie tajga.
Bezwietrzna cisza.
Mama w bezruchu.
Zapatrzona w dal.

A. T



  
AUTOR A.T.


* Wiersz zadedykowany autorowi obrazu - Tomaszowi

Zapraszam na blog Tomka



sobota, 14 listopada 2015

LISTOPADOWE ŁZY





 POŻEGNANIE TYCH,
KTÓRZY ODESZLI


Szumią lipy na grobli.
W żałobnym kroczą kondukcie.
Wyszeptują imiona tych co byli.
Odeszli.
Szumią lipy na grobli.
Smutne wdowy płaczki.
Wyszeptują modlitwy za tych, co byli.
Odeszli.
Szumią lipy na grobli.
Pochylone nad stawem.
Opłakują tych, co byli.
Odeszli
Łzy liściowe bolesne.
Płyną, krążą na wietrze.
Opadają na groblę
jesiennym listopadem

A. T


  
AUTOR A.T.


* Zdjęcie z moich zbiorów


wtorek, 10 listopada 2015

CZŁOWIECZY LOS

Krzyk dziecka.
Powracający sen Zesłańca.




DROGA NA SYBIR


Skrzypi śnieg pod płozami sań.
Obejście za nami.
Rżenie koni. Ryczenie krów. Gęganie gęsi. Zegnają.
Na zawsze.
Ukrainiec woźnica podcina konie.
Na saniach z przodu. Z tyłu sowietskije bojcy.
Bagnety na sztorc. Wiozą wrogów ludu.
Karą dla nich Sybir ! Zniewolenie. Głód.
Kurza ślepota. Szkorbut. Mróz. Komary.
Meszki. praca ponad siły. Śmierć.
Pod płozami skrzypi śnieg.
Wczesny świt.
Na lewo lotnisko. Na maszcie nie powiewa
biało - czerwony rękaw. Skręt na prawo.
Trakt Złoczów - Brzeżany. W saniach Mama.
Ojciec. Brat. Nieprzytomny chłopiec.
Zemdlał. Zabili jego psa. Luksa. Siostra gimnazjalistka
na stancji w Brzeżanach. Dziewczynka ma szesnaście lat.
Mama rozpacza. Co będzie z tym dzieckiem ?
Ojciec pociesza. Pójdzie na Siółko do swoich ciotek.
Przetrwa.
Na rozdrożu Brzeżany – Potutory stoi siostra.
Czeka na mrozie.
Ktoś poinformował o deportacji. Wybrała swój los.
Drogę krzyżową z Edenu na Sybir.
Ileż serca. Ileż poświęcenia. Ambitna. Wytrwała.
Z Sybiru wróciła.
Potutory. Załadunek do towarowych wagonów.
Żelazny piecyk na środku. Burżujka. Prycze.
Sanitarny otwór w rogu. Zaryglowane okna. Kraty
Siarczysty mróz. Wagon przepełniony. Duszno.
Piecyk rozpalony do czerwoności. W wiadrze wrząca woda.
Pociąg rusza. Metaliczny daleki grzmot.
Parowóz zamiast do przodu. Cofa się.
Uderza w pierwszy wagon. Bufory sprężają się.
Następny wagon przyjmuje cios. Przekazuje dalej.
Nasz wagon na końcu. Przybliża się łoskot.
Narastający. Uderzenie.
Rozżarzony piecyk przymocowany do podłogi.
Z otwartych drzwiczek wypada żar.
Wiadro z wrzątkiem przewraca się. Krzyk.
Ktoś poparzony. Ktoś zwalony na podłogę.
Na pryczę. Ściśnięte bufory rozprężają się.
Fala uderzeń wraca do lokomotywy.
Gwałtowne szarpnięcie. Pociąg rusza.
Kilka tygodni w drodze. Ochrona odblokowała
jedno okno. Można otwierać. Mrożne świeże powietrze
wpada do wagonu. Pociąg mknie.
Lasy. Telegraficzne słupy odmierzają wiorsty.
Wciąż lasy i lasy. To tajga. Którejś nocy na postoju
gwałtownie odsunięto drzwi wagonu.
Rozkaz ruskiego bojca: Wygrużajtieś !
Na peronie szpaler sołdatów.
Zesłańców objuczonych tobołami wyprowadzają
przed dworzec. Niezliczone ilości sań.
Zaprzężone w pojedyncze konie
Dziwne ciężarowe samochody z pionowymi
długimi beczkami przy kabinie, promieniowały ciepłem
Jedziemy saniami. Śnieżna droga przetarta.
Mijamy nieliczne wsie. Puste.
Domki z drewnianych bali na zakładkę.
Trzy okienka. Wybite szyby. Wiatr trzaska okiennicami.
Wyrwane drzwi. Wygnańcy z przerażeniem
wpatrują się w trzewia porzuconych ludzkich siedlisk.
Jaki los spotkał ich mieszkańców ?
Woźnica nie odpowiada na pytania.
Nie wykazuje współczucia. Jest mu ciepło.
Szczelnie okryty futrzanym tułupem.
Czapka uszanka z zajęczych skór. Na nogach
walenki z kaloszami. Wiezie wrogów ludu.
Nienawidzi ich.
Kondukt skazańców podąża ku swemu przeznaczeniu.
Zmarłych pozostawia w śnieżnych sugrobach.
Krzyk rozpaczy pożegnaniem.
W tajdze strzały. To drzewa pękają od mrozu.
Którejś nocy podjeżdżamy pod barak.
Wchodzimy do środka. Nary.
Piece burżujki rozpalone do czerwoności.
Dostajemy kipiatok. Nic do jedzenia
W baraku kilkaset osób. Ciepło.
Byłem smutny. Nie reagowałem na otaczający świat.
Serce przepełnione rozpaczą. Wciąż byłem w Edenie
z moim psem Luksem. Przemierzaliśmy naszą dolinę.
Obejmowałem za szyję. Całowałem po pysku.
Obślimaczonym czarnym nosie. Nie odpowiadał.
Nie lizał po twarzy. Nie odpychał łapami.
Rozpaczałem bezmierną dziecięcą rozpaczą.
Zapadłem w niespokojny sen.
Zerwałem się nieprzytomny. Krzyk rozpaczy
Mamo ! Mamo ja chcę do domu !
Gdzie jest mój Luks ?! Mój Luks ! ?
Chcę do domu !
Mama przytuliła. Płakałem ciężko. Mama też.
Płacz zranionego przez los dziecka rozlegał się w baraku.
Nieutulona rozpacz.
Nie pamiętam tego zdarzenia.
Opowiedziała wiele lat później moja chłopska Mama.
Swoje zwierzęta i mnie kochała po równo.
Nie całowała. Nie obejmowała.
Zwracałem się do niej przez wy.
Kochałem jej zwierzęta.
Nie pozwalała ich zabijać.
Nie uznawała zasad łańcucha pokarmowego.

A. T


  
AUTOR A.T.




Długo myślałam, jakie wybrać zdjęcie, żeby zilustrować ten przejmujący, głęboki prawdziwy wiersz A.T. Trudno wybrać, bo przecież mój obiektyw rejestruje świat tu i teraz. 


WYBRAŁAM MOJE ULUBIONE ZDJĘCIE


Myślałam :
nazwę to zdjęcie
KRZYK


Pomyślałam :
to za mało !
nazwę to zdjęcie
CISZA



niedziela, 8 listopada 2015

PAMIĘĆ O JANIE




GŁÓD

Jan Kogut zmarł z głodu.
Deportowany na Sybir. Miał majątek w Zamostach,
tuż przy grobli w Brzeżanach.
Wywieziony wraz z żoną, młodą kobietą,
z dzieckiem urodzonym w drodze na Sybir.
Bezbronny wobec przemocy. Oprawcy wpadli
do domu. Kazali się zbierać.
Był przerażony. Ubrał żonę. Siebie.
Nie wiedział jakie rzeczy brać ze sobą.
Zawinął do koca figurkę Świętej Panienki.
Gipsowa. Półmetrowa. Rozmalowana.
Złożone do modlitwy ręce.
Takie figurki widujemy w kościołach i na odpustach.
Jechali z nami w jednym wagonie. Dzielili ten
sam los. Przemarzł. Kaszlał. Wygnańcy współczuli.
Dali jakieś ciepłe rzeczy do okrycia, ubrania.
Dzielili się żywnością. Miał Świętą Panienkę.
Jedyny znak chrześcijańskiego kultu. Szanowali.
Miał odwagę przemycić Matkę Boską.
Oprawcy zabraniali mieć krzyżyki. Biblie. Śpiewniki.
Posiadaczy tych rzeczy wyprowadzali z wagonu.
Nie wracali. W Janczer Pan Kogut nie stawił się
do wyrębu lasu. Miał sześćdziesiąt pięć lat.
Stary. Chory. Oprawcy uznali, że symuluje.
Nie dostał żywnościowych racji. Jego żona też
bez przydziału żywności. „Kto nie rabotajet
tot nie jest”. Hasło bolszewików.
Oprawcy litościwi. Przyznali prowiant dziecku.
Kubek zupy z dietskiego sada. Pół litra dziennie.
Każdego ranka Kogutowa przybiegała do przedszkola
z garnuszkiem. Kucharka nalewała pół litra zupy.
Gorącej. Pachnącej. Kogutowa zwierzęco głodna.
Biegła do domu. Upijała łyczek. Póżniej drugi.
Póżniej trzeci. Resztę zostawiała dziecku.
Skazańcy widzieli. Współczuli.
Wszyscy byli głodni, ale nie tak. Litowali się.
Znosili do ich domu mizerne kawałeczki chleba.
Trochę kaszy jaglanej. Kogutowa rozpaczała.
Zima. Przyszedł do naszego mieszkania.
Przyniósł w zawiniątku Madonnę. Postawił na stole.
Odwinął okrycie. Bolejąca Madonna na stole.
Zatopiona w modlitwie.
Mama postawiła przed starym
schorowanym człowiekiem miskę z kaszą jaglaną.
Porcja na pięć osób. Nasz dzienny przydział.
Miska stała przed Panem Kogutem.
Był głodny. Bardzo głodny.
Wziął łyżkę wyciosaną z drzewa i podzielił kaszę
na sześć części. Swoją mizerną działkę zjadł.
Odsunął miskę. Na nic namowy, ażeby zjadł
całą kaszę. Dostał kawałeczek chleba i herbatę.
Bez cukru. Nawar z liści jagodowych.
Nie znaliśmy cukru. Chleb zjadł. Herbatę wypił.
Ogrzał się. Odpoczywał. Burżujka rozpalona
do czerwoności. Pan Kogut rozgrzewał nogi,
wyciągnięte tuż przy piecyku, owinięte szmatami.
Kawałki gumy zamiast butów. Z opony samochodowej,
przewiązane sznurkami. Ojciec wyciągnął
spod pryczy swoje buty. Proszę ubrać.
Miał zapasowe. łapcie.
Pan Kogut rozgrzewał nogi. Milczał.
Myślami w Brzeżanach. Synowie. Córki. Żona.
Rodzinny dom. Łany pszenicy. Staw. Śłońce
Rozmowy jaskółek.
Mama rozwiązała sznurki. Zdjęła gumowe
korytka. Szmaty. Owinęła stopy onucami.
Naciągnęła buty. Pan Kogut milczał.
rozgrzewał nogi.
Na odchodnym powiedział :
„Za waszą łaskę chcę wam podarować Madonnę”
Milczenie.
Na stole Madonna zatopiona w modlitwie.
Przed nami chory, głodny człowiek.
W jego domu głodne małe dziecko. Zrozpaczona żona.
Bez nadziei. Bez ratunku.
Na stole kawałek chleba z naszego
dziennego przydziału. Też jesteśmy głodni, ale mniej.
Mama zawinęła madonnę wraz z kawałkiem chleba.
Włożyła w ręce Pana Koguta. Powiedziała :
„Prosimy przychodzić do nas zawsze. codziennie.
będziemy czekali”. Zanosiła do ich domu
trochę chleba. Trochę kaszy.
Pan Kogut umierał.
Madonna na stoliku obok.
Zatopiona w modlitwie. Ręce zwarte w bólu.
Wygnańcy obok. Nieprzytomny. Głowa na poduszce.
Ktoś litościwy przyniósl. Ręce na kocu.
Czegoś szukają.
Zatrzymały się. Odnalazły chleb,
Tego chleba tu nie ma.
Wkłada do ust.
Przeżuwa chleb.
Tego chleba tu nie ma.
Zacicha. Ręce opadają. Odszedł.
Madonna obok. Zatopiona w modlitwie.
Mama zamknęła oczy męczennika.
Kobiety umyły zesłańca. Złożyły do trumny.
Ich twarze ?!
Staruszki. Wycieńczone głodem.
Pracą ponad siły. W łachmanach.
W porywie serca przyniosły resztki odzieży.
Ktoś koszulę. Ktoś spodnie. Ktoś inną część bielizny.
Przechodzone. Załatane. Czyste. Ostatni dar.
Ubrały. Stałem obok Mamy. Dziecku osiem lat.
Świadek męczeństwa. Kurza ślepota. Szkorbut.
Ręce. Nogi w strupach. To komary. Meszki.
Żywcem zżerają do póżnej jesieni.
Zima - wytchnieniem.
Dziecko głodne. W łachmanach. Przeżyje. Wróci.
Opowie.
Trumna z sosnowych surowych desek.
Pachną żywicą. W rękach krzyżyk wyciosany
z brzozowej gałęzi. Rozświetlony bielą.
Zaciśnięte palce.
Spoczął na prawosławnym cmentarzu w tajdze.
Madonna.
Dziecko. Żona Pana Jana Koguta
Zatraceni w tajgowym bezkresie.

A. T


  
AUTOR A.T.


* Zdjęcie z moich zbiorów
taka moja fotograficzna etiuda
światło, cień i kolor ... życia


niedziela, 1 listopada 2015

EPITAFIUM


MĘCZENNIKOM
SYBIRU

 


Nadejdzie sądny dzień.
Oprawcy staną przed Bogiem
świadomi wyrządzonych krzywd.
Usłyszą osąd ofiar, krzyk ich męki.
Zakatowani na Syberii opuszczą swe groby.
Dzieci. Kobiety. Mężczyżni. Starcy.
Spojrzą w oczy morderców.
Wstaną aniołowie.
Ich szaty pokryte kirem.
Wejdą w kondukt żałobny.
Zliczą zmarłych.
Wielki boże…?! Zawołają !
Liczymy ! Wciąż liczymy !
A nie widać końca marszu golgoty ?!
Nie liczcie,
Odrzeknie Bóg.
Umierałem z każdym z nich.
Znam wszystkich.

A.T.


 REQUIEM

Cmentarze na Syberii.
W tajgowej głuszy.
Na stepach Kazachstanu.
Po krąg polarny.
Na brzegu każdej spławnej rzeki.
Nad morzem Kaspijskim.
Cmentarze. Tysiące cmentarzy
bezimiennych wygnańców z Edenu
W dnie zaduszne nie płoną ognie.
Nie słychać modlitwy.
Szum tajgi.
Gorycz bylin stepowych.
Pustynna spiekota.
Rachunek krzywd.

 A.T.
   

  
AUTOR A.T.


* JEDYNE ZDJĘCIE Z SYBERII jakie posiadam.
Na zdjęciu Wujciu Stasiu, brat mojej Babci. Jego historię i jeszcze inną, syberyjską, opowiedziałam na moim drugim blogu. Zapraszam, oto link :

 Malina M
 

czwartek, 29 października 2015

KROPLE DESZCZU


MAKI
Cudownie piękne i najbardziej bezbronne.


 



  KROPLE DESZCZU

Zdjęcia Dziewcząt
z tamtych lat - listy z przeszłości.
Zdjęcia Dziewcząt z tamtych lat
Pamięć.
Krople deszczu.
Rozkwitły maki.
Zapłonęły czerwienią.
Grają na strunach z promieni słońca
rozciągniętych na ramionach tęczy,
Krople deszczu i maki.
Tańczą w duecie z wiatrem,
wśród kłosów pszenicy,
Oczarowane uśmiechem Dziewczyny
maki.
Uśmiech Dziewczyny.
Zaczarowane maki.
Pamięć.
Krople deszczu.

A. T

DZIEWCZYNOM,
którym czas nie dodaje lat 


REQUIEM.

Polne drogi zarosły.
Spalona stodoła. Sad.
Resztki drzew. Pola. Łany zbóż.
W niebie zawisł skowronek.
Śpiewa ukryty w słońcu.
Wiatr. Tamten wiatr. Szumi w zbożu.
Przygina kłosy pszenicy do ziemi.
Na chwilę ucichł. Zamyślił się.
O czym myśli ? Kogo wspomina ?
Dziewczynę w niebieskiej sukience,
w białe groszki.
Krucze włosy opadają na szyję.
Mienią się w słońcu.
Maki.
Dziewczyna zapatrzyła się na maki.
W zbożu zawsze kwitną maki.
Dziewczyny i maki pozostały w Eldorado.
Wciąż tam są.
W Eldorado kwitły maki.
 
 A. T
   
  
AUTOR A.T.


*  Obrazek, który namalowałam w 1981 roku.
Z RADOŚCIĄ OFIAROWUJĘ MISTRZOWI - A.T.

 

niedziela, 25 października 2015

JESIENNIE

 
            PRZEMIENIŁ SIĘ WRZESIEŃ
                       W PAŹDZIERNIK







Przemienił się wrzesień w październik
Resztkami babiego lata.
Krótki deszcz. Nie łzy. Poranne umycie twarzy.
Na kolanach pies. Pogłaskałaś.
Spojrzał w oczy. Odgadł.
Moje serce psie. Wyje tęsknotą za Brzeżanami.
Autostradę nawija na koła samochód.
Pola zamiecione żniwami. Słońce zapada w sen.
Lipy płoną czerwienią Płoną też na grobli w Brzeżanach.
W dziesiątych pokładach pamięci mój pies przybłęda.
Mama. Nie wiedziałem kim jestem. Może psem.
Może ludzkim szczeniem. Byłem w Brzeżanach.
Wpadłem po ogień na zjazd. Ogrzeję serce stęsknione.
Czekałem. Przybiegłaś zmęczona. Na głowie zjazd.
Chwila wytchnienia. Obok usiadł ksiądz.
Ten nowy w Brzeżanach.
Podarowałem kilka wierszy.
Będzie czytał wiernym w Brzeżanach.



  
AUTOR A.T.


* Zdjęcie z moich zbiorów

wtorek, 22 września 2015

PO TĘCZY

pójdę piechotą do Twojego nieba
po miłości dojdę do Twojego światła



     
Na brzegu tęczy zostawiłeś mi barkę
na brzegu miłości zostawiłeś nadzieję
i jeszcze adres do domu Ojca
z uwagą, żebym nie zgubiła

Pokazałeś jak rozpacz czarną
w siedem kolorów światła zamienić
i siedem cudów przebaczenia
i jeszcze ósmy cud przemiany




Na brzegu tęczy znak mi postawiłeś
drogowskaz do mojego serca
miłosierdzie przed sprawiedliwością
uschnięty krzew i kwitnący figowiec

Jak mam iść, żeby pójść za Tobą
na drugi brzeg niebieskiej tęczy
gdzie mądrość nigdy nie więdnie
a miłość nie umiera




Miłość i odpowiedzialność.
trud istnienia i ból egzystencji
pytanie o sens cierpienia
i granice nadziei wbrew nadziei.

Chociaż odszedłeś,
zostało wołanie o świętość
i dróg tysiące, co prowadzą 
do domu, którego adres
zostawiłeś nam odchodząc




AUTORKA: MALINA M



* Zdjęcia podwójnej tęczy nad Sudetami są moje.
Do jednego pozwoliłam "dokleić" postać Ojca Świętego


poniedziałek, 14 września 2015

NIE DOGONIĘ


CZAS UMYKA CHYŁKIEM




Czas umyka chyłkiem.
O zmierzchu pędzi na skróty.
Dźwięk pękniętej szyby.
Szklana drzazga w sercu.
Krwawi wspomnieniem o Dziewczynie.
Splot warkoczy. polna droga.
Niebieska sukienka w groszki.
Rozkołysane maki. Uśmiech nieśmiały.
Koncert skowronka. Zauroczenie.
Na nieboskłonie tęcza.
Płonie zorzą polarną.
Przeminęła.
Zatarte rysy twarzy.
Resztka drzew w sadzie.
Pamięć.
Czas umyka chyłkiem.
O zmierzchu pędzi na skróty.
Nie dogonię.



  
AUTOR A.T.


* Zdjęcie z moich zbiorów

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

WOŁYŃSKA PANI

odarta z korony, wypędzona,
w sukience utkanej z tęczy,
co na kroplach łez zawieszona.

Z dziejów zamieci.
Z kresowej pamięci.





Cerkiewna, śpiewna, serdeczna.
Przyjechałaś na obcą Ziemię
z kapeluszem, pamiętnym,
bo od kul przestrzelonym,
z modlitewnikiem, najdroższym,
bo od przyjaciela.

Matko
co po imieniu nazywasz
prochy spalonych żywcem
Dopomóż nam zrozumieć
co niezrozumiałe ...
Przez miłość Twojego Syna.

Matko
zabitych i ocalonych z rzezi,
zwęglonych i ocalałych z pożogi
Dopomóż nam zobaczyć
co niedostrzegalne ...
Przez miłość Twojego Syna

Matko
niewinnych
i odartych z niewinności
Dopomóż nam wybaczyć,
co niewybaczalne ...
Przez miłość Twojego Syna.

Wołyńska Pani
zachowaj w nas pamięć o Nich.
Kresowa Matuchno
przez miłość Twojego Syna  
ocal nasze serca
od nienawiści.





AUTORKA: MALINA M


* Ta Madonna to jedyna pamiątka, jaka mi po Wujku została. Dostał ją, w dowód wdzięczności, od parafian z wołyńskiej Sienkiewiczówki. Ocalił i przywiózł na Ziemie Zachodnie. Wujek został u nas pochowany z wielkimi honorami ale w starej, znoszonej sutannie. Prócz tej Madonny nie miał nic. Wisiała nad Jego łóżkiem, patrzył na nią, gdy się modlił, patrzył na nią, kiedy umierał.

Teraz Ikona wisi nad moim łóżkiem i ja patrzę na nią kiedy się modlę. Mam nadzieję, że podobnie jak Wujka, i mnie ochroni przed nienawiścią.



A tu można poczytać historię Ikony i Wujka

BYŁ TAKI CZAS


*Był taki czas w roku 1943, w ogniu walk  na Wołyniu o Kościół i Naród Polski, że kilkakrotnie wychodząc cudownie spod gradu kul i noży ukraińskich, przysiągłem sobie, że jeśli z tych opresji wyjdę – chcę cicho pracować jako szary żołnierz Chrystusowy, bez żadnych orderów i nagród. Zdawałem sobie sprawę, że żyję i tak już ponad program*

To słowa mojego Wujka Dionizego a dokładnie mówiąc
Stryja, starszego brata mojego Tatusia.




Z Wołynia przywiózł Wujek trzy, jakże ważne, rzeczy: Ikonę - prezent od parafian, modlitewnik - prezent od przyjaciela i przestrzelony przez ukraińskiego rezuna kapelusz.

Przez większość dorosłego życia słuchałam tego, co Wujek opowiadał. Nie było w tych opowieściach nienawiści, był głęboki ból i do końca pamięć, której czas nie zacierał ...
Gdy wspomnienia innych rzeczy mgła pokrywała te cały czas były żywą i bolącą raną. Pod koniec życia Wujek poznawał już tylko kilka osób ale wyciągał stary modlitewnik i pokazywał mi palcem mówiąc - to mój przyjaciel, otwierał na pierwszej stronie, gdzie była dedykacja i widziałam wielkie wzruszenie na twarzy tego surowego człowieka. Kolejny raz pokazywał mi słowa skreślone ręką przyjaciela, popa, którego Ukraińcy zamordowali za przyjaźń z Wujkiem, za bratanie się z wrażym polskim księdzem.

Ale od początku.

Był rok 1934. Starszy brat mojego Taty zdał właśnie maturę. Wesoły, wysportowany, przystojny, chłopak, absolwent gimnazjum klasycznego w Jarosławiu i Małego Seminarium Duchownego we Lwowie, wyruszył ze swoim ojcem do pobliskiego klasztoru, w Leżajsku. Chcieli obaj podziękować za pomyślne zdanie matury. Tam, przed cudownym wizerunkiem Matki Boskiej Leżajskiej, Wujek ostatecznie odczytał swoje powołanie.




Jeszcze tylko rok służby Ojczyźnie w Szkole Podchorążych, w Jarosławiu i w końcu wyczekany wyjazd, w roku 1935, na Wołyń, do Łucka.

W Łucku Wyższe Seminarium Duchowne.
Mijają cztery lata i 11 czerwca 1939 roku młodziutki alumn Dionizy przyjmuje  święcenia diakonatu. Jest już prawie księdzem. Szczęśliwy wyjeżdża do domu rodzinnego, do Sieniawy. Wakacje w domu zakłóca mu jednak wybuch II wojny światowej. Nie ma możliwości dostania się do Łucka żadnym środkiem transportu, bierze więc rower i wyrusza w drogę. Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Sieniawa a gdzie Łuck. Nic to dla młodego chłopaka, dociera więc na rowerze do swojego seminarium.
A w Łucku biskup Szelążek, obawiając się zlikwidowania seminarium przez bolszewików, przyśpiesza święcenia kapłańskie ostatniego rocznika. I tak, 15 października 1939 roku, mój Wujek, wraz z kolegami z roku, zostaje wyświęcony na księdza. W Katedrze Łuckiej.

       


Tak wtedy wygląda. To pierwsze kapłańskie zdjęcie.
Trudne to były czasy. Zawierucha wojenna, krwawe łuny, Niemcy, Ukraińcy, banderowcy, bolszewicy …

Najpierw jest kapelanem w łuckim sierocińcu, potem trafia do maleńkiej parafii w Perespie, koło Kowla, potem na parafię w samym Kowlu. W końcu, 18 sierpnia 1941roku, zostaje proboszczem parafii Sienkiewiczówka, niedaleko Łucka. Pierwszy rok w Sienkiewiczówce upływa w miarę spokojnie ale już nacjonaliści ukraińscy zaczynają podnosić głowę. Groźnie pobrzmiewa ich pieśń „Smert’, smert’, lacham smert’! „

Latem 1942roku w Sienkiewiczówce Niemcy wraz z ukraińską policją, mordują Żydów, zgromadzonych w getcie. Nacjonaliści Ukraińcy rozzuchwalają się coraz bardziej, napadają na Polaków, rabują, biją, podpalają domy. W tym czasie, w Sienkiewiczówce, działa grupa konspiracyjna AK a także grupa Samoobrony. Obie grupy wspiera oczywiście młody proboszcz. W tym wspieraniu Wujkowi przydaje się doświadczenie, zdobyte niegdyś w jarosławskiej szkole podchorążych.

W konspiracji Wujek przyjmuje pseudonim „Boruń”.

Kiedy ataki Ukraińców się wzmagają do wioski zaczynają napływać uciekinierzy z całej okolicy.




Tak wyglądał kościół w Sienkiewiczówce.
W czerwcu 1943 roku UPA intensywnie zaczyna gromadzić siły wokół Sienkiewiczówki. W tej sytuacji  Samoobrona podejmuje decyzję o ewakuacji. 23 czerwca 1943 roku, pod osłoną oddziału Samoobrony, wyrusza do Łucka konwój ludności polskiej . Wujek jedzie na koniu, bez sutanny ale w kapeluszu. Czuwa nad całością. Po drodze trafiają się potyczki, w jednej z nich spłoszone konie unoszą wóz z całym dobytkiem parafii, banderowcy ostrzeliwują konwój, kapelusz Wujka jest dobrze widocznym celem. Kula przeszywa kapelusz na przestrzał.

Konwój szczęśliwie dociera do Łucka.
Zrządzeniem Opatrzności Polacy opuścili tę wieś. W lipcu 1943 roku, kiedy to wybuchła Wielka Nienawiść, banderowcy z UPA wpadli do Sienkiewiczówki, spalili katolicki kościół, aptekę, stację kolejową, młyn, część opuszczonych polskich domów. Wtedy to zamordowali popa, paląc jego ciało razem z cerkwią.
Tak rezuny z UPA ukarały popa za przyjaźń z polskim księdzem – ze znienawidzonym przez nich „chytrym Lachem”, który przed zaplanowanym przez OUN – UPA „pogromem Lachów” bezpiecznie wyprowadził swoich parafian do Łucka.
Parafia w Sienkiewiczówce przestała istnieć. W Łucku Wujek zamieszkał przy Katedrze. Za jakiś czas biskup Szelążek powierzył mu funkcję proboszcza Katedry.





                               Katedra Łucka

Mój Wujek zawsze był świetnym kaznodzieją. Już wtedy zapraszano go chętnie do głoszenia rekolekcji. Szczególnie tragiczne okazały się rekolekcje wielkopostne 1943 roku, we wsi Perespa, w parafii, której proboszczem był wówczas stryj mojego Wujka (i oczywiście mojego Taty), czyli brat mojego Dziadka. Cóż – księżowskie tradycje w mojej rodzinie, po mieczu, były od pokoleń.

Na rekolekcje do Perespy przybyło kilku księży.
Wujek, doświadczony już w bojach z Ukraińcami, namawia księży, by nie spali na plebanii, tylko na noc schowali się w kościele. Koledzy wprawdzie podśmiewają się z takiej ostrożności ale w końcu decydują się na taki nietypowy nocleg. I całe szczęście. Wieczorem upowcy wpadają do Perespy, zaczynają mordować ludzi, podpalają też plebanię. Dobijają się do kościoła ale ktoś ich płoszy. Rankiem w plebanijnym ogrodzie ludzie odnajdują nagie ciała dziewcząt. Bydlaki poobcinali im bagnetem piersi.

Zdarzenie, którego nie da się zapomnieć do końca życia.

Proboszczem Katedry Łuckiej był mój Wujek do samego końca, aż do sierpnia 1945 roku, kiedy to parafię katedralną wysiedlono z Łucka. Transportem kolejowym Wujek wiózł do Polski to, co po parafii pozostało, zwłaszcza pieczołowicie ukrywany, największy skarb - cudowny obraz Matki Boskiej Latyczowskiej, Pani Wołynia i Podola.

Kapituła Łucka przeniosła się do Polski,
księża rozproszyli się po całym kraju.




Z Katedry Łuckiej droga przywiodła Wujka do Katedry Wrocławskiej. Cieszył się, że jest jej proboszczem ale w głębi serca nosił dawną katedrę. Po drodze do wrocławskiej katedry był a jeszcze Brzeg i święta Dorota we Wrocławiu. To  właśnie w Brzegu Wujek był tym, który protokolarnie przesłuchiwał Franciszka Gajowniczka, najważniejszego świadka tragedii oświęcimskiej ojca Maksymiliana Kolbe.

Nasz kościół to ostatni etap najdłuższy, bo trzydziestoletni.
Pamiętam, jak Wujek zapraszał łuckich księży.


0 - 2.jpg


Na zdjęciu Kapituła z Prymasem Wyszyńskim, rok 1970.
Cała Kapituła Łucka zjeżdżała się u nas. Z biegiem lat księży ubywało. Pamiętam, jak po spotkaniach mój Tatuś rozwoził ich najpierw po parafiach, potem po domach starców. Wielu historii wysłuchał po drodze.


 0 - Nowy-11.jpg


To chyba koniec lat 70-tych. Kapituła Łucka na pamiątkowym zdjęciu przed wejściem do naszego kościoła. Mój Wujek to ten w okularach, drugi od prawej.
Po śmierci Wujka w osobistych rzeczach Tatuś znalazł jego łańcuch i pierścień, symbole przynależności do Kapituły Łuckiej. Odwieźliśmy zaraz te insygnia do Krakowa, tam będą świadkami czasów, które minęły.



sobota, 29 sierpnia 2015

CZAS



NOKTURN  
ZWIĘDŁYM KWIATOM


Nie żałujmy
Zwiędłych kwiatów
Bo to jesień.
Na wiosnę
Rozszalały wiatr
Ukołysze inne.
Też maki.
Ale nie te,
Na które patrzyła
Ukochana Dziewczyna.
Przeminęła.


*


GONIMY CZAS

Gonimy czas.
Gonimy wspak.
Gonimy wstecz.
Do
Tamtych lat
Wracamy wciąż.
Szczęśliwe dnie.
Dziecięcy sen.
W
Porannej mgle
Zbudzony staw.
Na wietrze mknie
Warkoczy splot
Babiego lata.



*

  
AUTOR A.T.


* Zdjęcie z moich zbiorów
 

sobota, 22 sierpnia 2015

PAMIĘĆ ZAPOMNIANA

  


  BRZEŻAŃSKI 
RÓŻANIEC


Nanizałem paciorki pamięci
na sznur brzeżańskiego różańca.
Szmer wody przy młynie.
Rechot żab w szuwarach.
Wiersz Adama Palczaka.
Turkot chłopskiej furmanki.
Zgarbiona postać Mamy z sierpem przy żniwach.
Kamienny krzyż na rozstaju.
Bernardyn wyniosły na stoku.
Gimnazjum w zadumie bezkresnej.
Farny kościół na zboczu. Dom rodzinny w dolinie.
Wdowi grosz na ołtarz w Brzeżanach.
Paciorki różańca przebieram palcami.
Modlę się do ruin zamku.
Zranionych aniołów.
Do zmarzniętego Chrystusa na krzyżu
w alejach cmentarnych.
Latarni gazowych na ulicach miasta,
dawno wygasłych.
Paciorki różańca pamięcią wiązane,
przebieram palcami.
Modlę się do moich gęsi,
szczypały po nogach.
Stawu w porannej mgle śniącym.
Szczebiotu jaskółek.
Dziewczyny,
warkoczami babiego lata strojonej.
Modlę się do pamięci zapomnianej.

AUTOR A.T.



  
AUTOR A.T.

czwartek, 6 sierpnia 2015

WIERNOŚĆ


WIERSZ PIERWSZY
REQUIEM MEMU PSU


W Brzeżańskim stawie
usnęło niebo,
Zmęczone udżwigiem gwiazd.
Nad Brzeżański staw
przybiegł pies przybłęda.
Polizał chłopcu twarz.
Zamieniliśmy się sercami.
Oddałem swoje ludzkie.
Otrzymałem psie.
Moje serce skomle.
Wzywa nad stawu brzeg.
Wołam psa przybłędę.
Podarował serce.
Psie.


AUTOR A.T.






WIERSZ DRUGI
MÓJ EDEN TO LUX


Pies przybłęda. Przywołany marzeniem dziecka.
Wyśniony. Przywędrował z Karpat.
Biegł przez Prut i Czeremoszę. Przez Zaleszczyki.
Dalej na Brzeżany. Przez Kozowę.
Śnił o chłopcu. O mnie, z pajdą chleba w ręku.
Czekałem.

Ktoś skrzywdził. Uderzył. Nie głaskany.
Nie przytulany. Nie całowany w czarny nosI.
Biegł do mnie. Po swoje przeznaczenie.
Po swój los.

Czekałem we śnie nad brzegiem jeziora.
Nad złotą lipą. Z chlebem pachnącym od Mamy.
Odnalazł mnie w Edenie.
Mój Lux. Mój Anioł Stróż.
Już nigdy nie miałem psa.

AUTOR A.T.


  
AUTOR A.T.


  *
 
 
WIERSZ MÓJ
STARY WIARUS


najwierniejszy z wiernych
na skinienie ręki, na głos pana, na dobry czas, 
na pieski świat, na psie życie, na zawsze .

Hau ! hau ! to ja - twój wierny cień
nie odejdę, nie zdradzę, nie sprzedam
za nic mam judaszowe srebrniki
i pełną miskę, i ciepły piec, i kość.

Moje psie serce jest tak wielkie,
jak wielki jest twój ludzki świat .

Oddam ci moje psie serce
za jeden uśmiech, za ciepło dłoni,
za okruszyny z pańskiego stołu
ja - twój cień, twój wierny pies.

I pójdę, gdzie ty pójdziesz,
i wrócę, kiedy zechcesz wrócić,
mój cień pobiegnie za tobą
nawet, gdy mnie już nie zechcesz

A jeśli twój cień odejdzie za kres
to ja, najwierniejszy z wiernych,
wezmę psie serce i pójdę hen, hen,
aż do krainy wiecznych łowów

ja, cień - twój wierny pies
ja, pies - twój wierny cień


AUTORKA: MALINA M
 



AUTORKA: MALINA M


poniedziałek, 3 sierpnia 2015

O PROFESORACH



WIERSZ PIERWSZY
PROFESOROWIE MOJEGO ŻYCIA PROFESOR RUDOLF NAŁĘCKI
PAMIĘĆ O NIM

Spotkanie na bezdrożach losu w Eldorado.
Trwały ślad w mojej pamięci.
Nauczał łaciny i logiki. Przedmiotów trochę na uboczu
w tamtych czasach.
Wrzucał w młodzieńcze łby wiedzę
O starożytnym świecie. Tamtym języku. Poezji.
Wszczepił niepokój. Tęsknotę za tamtym światem,
pozostawionym na Forum Romanum.
Byłem tam. Profesor odszedł.
Wciąż tęsknię za tamtym światem.
Za swoim Profesorem.
Sprawdzał na lekcjach łaciny i logiki
ile urobku z Jego trudów.
Po gospodarsku, jak cepem, wymłócał
z naszej pamięci, jak ze snopów pszenicy,
spodziewany plon.
Radował się gdy Jego trud był nie płonny,
A w kłosach obfite ziarna.
Codziennie rano, szerokim krokiem,
podążał z dalekiego domu, nad rzeką Białą
do gimnazjum. Plecak przerzucony
przez ramię. Obok Krysia, jego córka,
jego księżniczka z bajki o Eldorado.
Kochał swoją Dziewczynkę i pewnie i nas, swoich uczni.
Rozszalałe stado dziewcząt i chłopców.
Zatraconych w słońcu Eldorado.
Wyrwanych ze szponów złego losu.
Surowy. Wymagający, a przecież jego serce krwawiło.
Nie wiedzieliśmy o tym.
Dziewczynka bez mamy.
Mama zamordowana przez niemieckich
faszystów w Oświęcimiu.
Pamięta. Była pilna. Zdolna.
Na grafitowych tabliczkach wypisywała litery.
Uczyła się sama. Miała sześć lat.
Faszyści wtargnęli do Jej domu.
Rewizja. Mamę zabrali. Na zawsze.
Nie wróciła.
Dziewczynka pamięta.

*
ŻYCIORYS
Pana Profesora Rudolfa Nałęckiego.

Urodził się
3 stycznia roku 1988 w Wiedniu.
Był synem leśniczego. Dzieciństwo spędził
w miejscowości Turka k/Sambora.
Gimnazjum ukończył w Samborze,
a studia na Uniwersytecie Lwowskim,
z filologii klasycznej i filozofii.
W latach 1911 – 1926 był profesorem
w gimnazjum lwowskim.
W latach 1918 – 1920 jako artylerzysta
w pociągu pancernym imienia Lisa – Kuli,
brał udział w obronie Lwowa.
Bohatersko walczył. Ranny.
Odznaczony Krzyżem Walecznych.
W latach 1926 – 1936 pracował w gimnazjum
męskim w Tarnowskich Górach.
Ożenił się w 1930 roku z Panią Marią
Szybowską,
Również profesorką gimnazjalną.
Aresztowana w roku 1942 przez gestapo.
Tragicznie zginęła w faszystowskim
obozie śmierci Auschwitz.
Po wybuchu II wojny światowej
mieszkał w Nowym Sączu.
Pracował w szkole handlowej,
a następnie w nadleśnictwie Stary Sącz
jako sekretarz.
W latach 1945 – 1953
był profesorem gimnazjalnym
w miasteczku nad rzeką Białą.
Odszedł w 1973 roku.

Profesor tworzył historię.
Bronił Lwowa. Krzyż Walecznych. Odznaka „Orlęta”.
Ofiara krwi.
Przysięga Pana Profesora Rudolfa Nałęckiego.
rok 1926.
„Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, że
na powierzonym mi stanowisku Urzędowem,
przyczyniać się będę w mym zakresie działania,
ze wszystkich sił, do ugruntowania wolności,
niepodległości i potęgi. Rzeczypospolitej Polskiej,
której zawsze wiernie służyć będę,
a wszystkich Obywateli Kraju w równem mając.
Zachowaniu przepisów prawa strzec będę pilnie.
Obowiązki mego urzędu spełniać gorliwie i sumiennie.
Polecenia mych przełożonych wykonywać dokładnie.
A tajemnicy urzędowej dochowam.
Tak mi Panie Boże dopomóż !

Przysięgę służbową złożyłem,
co stwierdzam własnoręcznym podpisem.
podpis: Rudolf Nałęcki.
Przysięgę odebrałem: Podpis Dyrektora.
Podpisy dwóch świadków.
W Tarnowskich Górach dnia 18 września 1926 r.

PRZYSIĘGI DOCHOWAŁ.
ŚWIADKAMI JEGO UCZNIOWIE.
PAMIĘĆ.

AUTOR A.T.





WIERSZ DRUGI
PROFESOROWIE MOJEGO ŻYCIA 


Pierwsi maturzyści roku szkolnego 1945/46
naukę języka polskiego pobierali u Pani Profesor
Heleny Małeckiej. Pamięć o Niej odeszła wraz z Nimi.
Na cmentarzu w Miasteczku nad rzeką Białą
Jej miejsce spoczynku,
Niezasłużenie zapomniane.

Języka polskiego też uczyła mnie Pani Profesor
Małecka. Wiecznie zatabaczona. Paliła skręty.
Z kieszeni marynarki wydobywała machorkę.
Do zgiętej wpół bibułki wsypywała szczyptę.
Zwijała. Z lubością oblizywała skręt.
Dla szczelności. Zapalała.
Z rozkoszą zaciągała się. Słup dymu unosił się nad Nią.
Szczypało w oczy.
Machorkę preparowała sama.
Była z tego dumna. w zimowe i deszczowe dnie
paliła na korytarzu. Tak było w szkole podstawowej.
w gimnazjum i liceum.
W ciepłe dnie i latem paliła na dworze.
Trzymałem się z daleka, kiedy paliła na korytarzu.
Z powodu gorejącej machorki. Zatykało dech.
Podobna była do parowozu.
Z powodu kłębów dymu i kapelusza na głowie.
Średniego wzrostu. Owalna twarz. Współczujące oczy.
Zatroskane.
Kopcąc skręta obracała głowę na prawo i na lewo
Wyszukując ofiarę do dyskusji. Zwykle padało na mnie.
Byłem w pobliżu, Czekałem na te dyskusje.
W siódmej klasie kupiłem historię filozofii.
Pewnie pod ich wpływem. Parowóz ruszał w moją stronę.
Udawałem, że stoję jak słup soli, czekając na tortury.
Nie dawała się zwieść.
Zawsze to samo: Chcesz cukierka...?
Z kieszeni, a w niej też trzymała machorkę,
Wydobywała kolorowy szklak. Otrzepywała
z okruchów tabaki. Pocierała o poły marynarki.
Wręczała trzymając szklak w palcach.
Kanony higieny naruszała u podstaw.
Wkładałem do ust przesiąknięty smakiem tabaki cukierek,
A z kłębów dymu ledwie prześwitywała Jej twarz.
Wyglądała jak duch.
Gorejąca machorka szczypała w oczy.
Dzwonek. Parowóz odjeżdżał. Chwytałem łapczywie
resztki świeżego powietrza.
Wracałem do życia.
W ciepłe dnie Pani Profesor paliła na dworze.
Nie była podobna do parowozu.
Chcesz cukierka…? Rytuał się powtarzał...
Ciągnęła dalej przerwany temat.
Bardziej słuchała niż mówiła. Wciągała do dyskusji.
Pytała o zdanie. Wiedziała więcej, dużo więcej niż to co
było w programie nauczania. Szanowała odrębne zdanie.
Przestrzegała.
N i e c h l a p j ę z o r e m...
Mówiła wiersze. Rozumiała ich rytm i zamysł.
Mówiła naturalnie, na pozór obojętnie.
Mówiła i głos zanikał...
Litewskie pola zakwitały gryką, jak śnieg biała.
Rejent i Asesor wiedli swoje spory.
Jankiel grał swój nieśmiertelny koncert.
Od stepów Akermana ciągnęło goryczą bylin...
Tęskniłem za stepami Akermana...
To już było w gimnazjum. Za placem sportowym mały park.
Pani Profesor jak zwykle kopciła. Zapach dymu inny.
Pewnie do machorki dodała znanych tylko Jej
wonnych korzeni.
Zaczęła mówić :
„Dwunastu braci wierząc w sny
zbadało mur od marzeń strony,
a poza murem płakał głos,
dziewczęcy głos zaprzepaszczony.
I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o dziewczynie.
Zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie…”
To nie był wiersz Mickiewicza. To nie były sonety krymskie.
Takich słów jeszcze nie słyszałem. Przejmujących.
Był to wiersz Leśmiana o Dziewczynie.
Mówiła dla mnie. Swego ucznia.
Pewnie doszła do wniosku, że nadszedł czas wtajemniczenia.
W programie nauczania takich wierszy nie było.

AUTOR A.T.


  AUTOR A.T.


* Zdjęcia pochodzą z moich rodzinnych zbiorów
i są tylko ilustracją do wierszy.
Na tym zdjęciu moja klasa w podstawówce.
Mam tu 13 lat i śmieszną grzywkę .... a chłopak w okularach, ten pod kwietnikiem, topóźniejszy autor mojego najpiękniejszego zdjęcia w kapeluszu.