poniedziałek, 14 września 2015

NIE DOGONIĘ


CZAS UMYKA CHYŁKIEM




Czas umyka chyłkiem.
O zmierzchu pędzi na skróty.
Dźwięk pękniętej szyby.
Szklana drzazga w sercu.
Krwawi wspomnieniem o Dziewczynie.
Splot warkoczy. polna droga.
Niebieska sukienka w groszki.
Rozkołysane maki. Uśmiech nieśmiały.
Koncert skowronka. Zauroczenie.
Na nieboskłonie tęcza.
Płonie zorzą polarną.
Przeminęła.
Zatarte rysy twarzy.
Resztka drzew w sadzie.
Pamięć.
Czas umyka chyłkiem.
O zmierzchu pędzi na skróty.
Nie dogonię.



  
AUTOR A.T.


* Zdjęcie z moich zbiorów

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

WOŁYŃSKA PANI

odarta z korony, wypędzona,
w sukience utkanej z tęczy,
co na kroplach łez zawieszona.

Z dziejów zamieci.
Z kresowej pamięci.





Cerkiewna, śpiewna, serdeczna.
Przyjechałaś na obcą Ziemię
z kapeluszem, pamiętnym,
bo od kul przestrzelonym,
z modlitewnikiem, najdroższym,
bo od przyjaciela.

Matko
co po imieniu nazywasz
prochy spalonych żywcem
Dopomóż nam zrozumieć
co niezrozumiałe ...
Przez miłość Twojego Syna.

Matko
zabitych i ocalonych z rzezi,
zwęglonych i ocalałych z pożogi
Dopomóż nam zobaczyć
co niedostrzegalne ...
Przez miłość Twojego Syna

Matko
niewinnych
i odartych z niewinności
Dopomóż nam wybaczyć,
co niewybaczalne ...
Przez miłość Twojego Syna.

Wołyńska Pani
zachowaj w nas pamięć o Nich.
Kresowa Matuchno
przez miłość Twojego Syna  
ocal nasze serca
od nienawiści.





AUTORKA: MALINA M


* Ta Madonna to jedyna pamiątka, jaka mi po Wujku została. Dostał ją, w dowód wdzięczności, od parafian z wołyńskiej Sienkiewiczówki. Ocalił i przywiózł na Ziemie Zachodnie. Wujek został u nas pochowany z wielkimi honorami ale w starej, znoszonej sutannie. Prócz tej Madonny nie miał nic. Wisiała nad Jego łóżkiem, patrzył na nią, gdy się modlił, patrzył na nią, kiedy umierał.

Teraz Ikona wisi nad moim łóżkiem i ja patrzę na nią kiedy się modlę. Mam nadzieję, że podobnie jak Wujka, i mnie ochroni przed nienawiścią.



A tu można poczytać historię Ikony i Wujka

BYŁ TAKI CZAS


*Był taki czas w roku 1943, w ogniu walk  na Wołyniu o Kościół i Naród Polski, że kilkakrotnie wychodząc cudownie spod gradu kul i noży ukraińskich, przysiągłem sobie, że jeśli z tych opresji wyjdę – chcę cicho pracować jako szary żołnierz Chrystusowy, bez żadnych orderów i nagród. Zdawałem sobie sprawę, że żyję i tak już ponad program*

To słowa mojego Wujka Dionizego a dokładnie mówiąc
Stryja, starszego brata mojego Tatusia.




Z Wołynia przywiózł Wujek trzy, jakże ważne, rzeczy: Ikonę - prezent od parafian, modlitewnik - prezent od przyjaciela i przestrzelony przez ukraińskiego rezuna kapelusz.

Przez większość dorosłego życia słuchałam tego, co Wujek opowiadał. Nie było w tych opowieściach nienawiści, był głęboki ból i do końca pamięć, której czas nie zacierał ...
Gdy wspomnienia innych rzeczy mgła pokrywała te cały czas były żywą i bolącą raną. Pod koniec życia Wujek poznawał już tylko kilka osób ale wyciągał stary modlitewnik i pokazywał mi palcem mówiąc - to mój przyjaciel, otwierał na pierwszej stronie, gdzie była dedykacja i widziałam wielkie wzruszenie na twarzy tego surowego człowieka. Kolejny raz pokazywał mi słowa skreślone ręką przyjaciela, popa, którego Ukraińcy zamordowali za przyjaźń z Wujkiem, za bratanie się z wrażym polskim księdzem.

Ale od początku.

Był rok 1934. Starszy brat mojego Taty zdał właśnie maturę. Wesoły, wysportowany, przystojny, chłopak, absolwent gimnazjum klasycznego w Jarosławiu i Małego Seminarium Duchownego we Lwowie, wyruszył ze swoim ojcem do pobliskiego klasztoru, w Leżajsku. Chcieli obaj podziękować za pomyślne zdanie matury. Tam, przed cudownym wizerunkiem Matki Boskiej Leżajskiej, Wujek ostatecznie odczytał swoje powołanie.




Jeszcze tylko rok służby Ojczyźnie w Szkole Podchorążych, w Jarosławiu i w końcu wyczekany wyjazd, w roku 1935, na Wołyń, do Łucka.

W Łucku Wyższe Seminarium Duchowne.
Mijają cztery lata i 11 czerwca 1939 roku młodziutki alumn Dionizy przyjmuje  święcenia diakonatu. Jest już prawie księdzem. Szczęśliwy wyjeżdża do domu rodzinnego, do Sieniawy. Wakacje w domu zakłóca mu jednak wybuch II wojny światowej. Nie ma możliwości dostania się do Łucka żadnym środkiem transportu, bierze więc rower i wyrusza w drogę. Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Sieniawa a gdzie Łuck. Nic to dla młodego chłopaka, dociera więc na rowerze do swojego seminarium.
A w Łucku biskup Szelążek, obawiając się zlikwidowania seminarium przez bolszewików, przyśpiesza święcenia kapłańskie ostatniego rocznika. I tak, 15 października 1939 roku, mój Wujek, wraz z kolegami z roku, zostaje wyświęcony na księdza. W Katedrze Łuckiej.

       


Tak wtedy wygląda. To pierwsze kapłańskie zdjęcie.
Trudne to były czasy. Zawierucha wojenna, krwawe łuny, Niemcy, Ukraińcy, banderowcy, bolszewicy …

Najpierw jest kapelanem w łuckim sierocińcu, potem trafia do maleńkiej parafii w Perespie, koło Kowla, potem na parafię w samym Kowlu. W końcu, 18 sierpnia 1941roku, zostaje proboszczem parafii Sienkiewiczówka, niedaleko Łucka. Pierwszy rok w Sienkiewiczówce upływa w miarę spokojnie ale już nacjonaliści ukraińscy zaczynają podnosić głowę. Groźnie pobrzmiewa ich pieśń „Smert’, smert’, lacham smert’! „

Latem 1942roku w Sienkiewiczówce Niemcy wraz z ukraińską policją, mordują Żydów, zgromadzonych w getcie. Nacjonaliści Ukraińcy rozzuchwalają się coraz bardziej, napadają na Polaków, rabują, biją, podpalają domy. W tym czasie, w Sienkiewiczówce, działa grupa konspiracyjna AK a także grupa Samoobrony. Obie grupy wspiera oczywiście młody proboszcz. W tym wspieraniu Wujkowi przydaje się doświadczenie, zdobyte niegdyś w jarosławskiej szkole podchorążych.

W konspiracji Wujek przyjmuje pseudonim „Boruń”.

Kiedy ataki Ukraińców się wzmagają do wioski zaczynają napływać uciekinierzy z całej okolicy.




Tak wyglądał kościół w Sienkiewiczówce.
W czerwcu 1943 roku UPA intensywnie zaczyna gromadzić siły wokół Sienkiewiczówki. W tej sytuacji  Samoobrona podejmuje decyzję o ewakuacji. 23 czerwca 1943 roku, pod osłoną oddziału Samoobrony, wyrusza do Łucka konwój ludności polskiej . Wujek jedzie na koniu, bez sutanny ale w kapeluszu. Czuwa nad całością. Po drodze trafiają się potyczki, w jednej z nich spłoszone konie unoszą wóz z całym dobytkiem parafii, banderowcy ostrzeliwują konwój, kapelusz Wujka jest dobrze widocznym celem. Kula przeszywa kapelusz na przestrzał.

Konwój szczęśliwie dociera do Łucka.
Zrządzeniem Opatrzności Polacy opuścili tę wieś. W lipcu 1943 roku, kiedy to wybuchła Wielka Nienawiść, banderowcy z UPA wpadli do Sienkiewiczówki, spalili katolicki kościół, aptekę, stację kolejową, młyn, część opuszczonych polskich domów. Wtedy to zamordowali popa, paląc jego ciało razem z cerkwią.
Tak rezuny z UPA ukarały popa za przyjaźń z polskim księdzem – ze znienawidzonym przez nich „chytrym Lachem”, który przed zaplanowanym przez OUN – UPA „pogromem Lachów” bezpiecznie wyprowadził swoich parafian do Łucka.
Parafia w Sienkiewiczówce przestała istnieć. W Łucku Wujek zamieszkał przy Katedrze. Za jakiś czas biskup Szelążek powierzył mu funkcję proboszcza Katedry.





                               Katedra Łucka

Mój Wujek zawsze był świetnym kaznodzieją. Już wtedy zapraszano go chętnie do głoszenia rekolekcji. Szczególnie tragiczne okazały się rekolekcje wielkopostne 1943 roku, we wsi Perespa, w parafii, której proboszczem był wówczas stryj mojego Wujka (i oczywiście mojego Taty), czyli brat mojego Dziadka. Cóż – księżowskie tradycje w mojej rodzinie, po mieczu, były od pokoleń.

Na rekolekcje do Perespy przybyło kilku księży.
Wujek, doświadczony już w bojach z Ukraińcami, namawia księży, by nie spali na plebanii, tylko na noc schowali się w kościele. Koledzy wprawdzie podśmiewają się z takiej ostrożności ale w końcu decydują się na taki nietypowy nocleg. I całe szczęście. Wieczorem upowcy wpadają do Perespy, zaczynają mordować ludzi, podpalają też plebanię. Dobijają się do kościoła ale ktoś ich płoszy. Rankiem w plebanijnym ogrodzie ludzie odnajdują nagie ciała dziewcząt. Bydlaki poobcinali im bagnetem piersi.

Zdarzenie, którego nie da się zapomnieć do końca życia.

Proboszczem Katedry Łuckiej był mój Wujek do samego końca, aż do sierpnia 1945 roku, kiedy to parafię katedralną wysiedlono z Łucka. Transportem kolejowym Wujek wiózł do Polski to, co po parafii pozostało, zwłaszcza pieczołowicie ukrywany, największy skarb - cudowny obraz Matki Boskiej Latyczowskiej, Pani Wołynia i Podola.

Kapituła Łucka przeniosła się do Polski,
księża rozproszyli się po całym kraju.




Z Katedry Łuckiej droga przywiodła Wujka do Katedry Wrocławskiej. Cieszył się, że jest jej proboszczem ale w głębi serca nosił dawną katedrę. Po drodze do wrocławskiej katedry był a jeszcze Brzeg i święta Dorota we Wrocławiu. To  właśnie w Brzegu Wujek był tym, który protokolarnie przesłuchiwał Franciszka Gajowniczka, najważniejszego świadka tragedii oświęcimskiej ojca Maksymiliana Kolbe.

Nasz kościół to ostatni etap najdłuższy, bo trzydziestoletni.
Pamiętam, jak Wujek zapraszał łuckich księży.


0 - 2.jpg


Na zdjęciu Kapituła z Prymasem Wyszyńskim, rok 1970.
Cała Kapituła Łucka zjeżdżała się u nas. Z biegiem lat księży ubywało. Pamiętam, jak po spotkaniach mój Tatuś rozwoził ich najpierw po parafiach, potem po domach starców. Wielu historii wysłuchał po drodze.


 0 - Nowy-11.jpg


To chyba koniec lat 70-tych. Kapituła Łucka na pamiątkowym zdjęciu przed wejściem do naszego kościoła. Mój Wujek to ten w okularach, drugi od prawej.
Po śmierci Wujka w osobistych rzeczach Tatuś znalazł jego łańcuch i pierścień, symbole przynależności do Kapituły Łuckiej. Odwieźliśmy zaraz te insygnia do Krakowa, tam będą świadkami czasów, które minęły.



sobota, 29 sierpnia 2015

CZAS



NOKTURN  
ZWIĘDŁYM KWIATOM


Nie żałujmy
Zwiędłych kwiatów
Bo to jesień.
Na wiosnę
Rozszalały wiatr
Ukołysze inne.
Też maki.
Ale nie te,
Na które patrzyła
Ukochana Dziewczyna.
Przeminęła.


*


GONIMY CZAS

Gonimy czas.
Gonimy wspak.
Gonimy wstecz.
Do
Tamtych lat
Wracamy wciąż.
Szczęśliwe dnie.
Dziecięcy sen.
W
Porannej mgle
Zbudzony staw.
Na wietrze mknie
Warkoczy splot
Babiego lata.



*

  
AUTOR A.T.


* Zdjęcie z moich zbiorów
 

sobota, 22 sierpnia 2015

PAMIĘĆ ZAPOMNIANA

  


  BRZEŻAŃSKI 
RÓŻANIEC


Nanizałem paciorki pamięci
na sznur brzeżańskiego różańca.
Szmer wody przy młynie.
Rechot żab w szuwarach.
Wiersz Adama Palczaka.
Turkot chłopskiej furmanki.
Zgarbiona postać Mamy z sierpem przy żniwach.
Kamienny krzyż na rozstaju.
Bernardyn wyniosły na stoku.
Gimnazjum w zadumie bezkresnej.
Farny kościół na zboczu. Dom rodzinny w dolinie.
Wdowi grosz na ołtarz w Brzeżanach.
Paciorki różańca przebieram palcami.
Modlę się do ruin zamku.
Zranionych aniołów.
Do zmarzniętego Chrystusa na krzyżu
w alejach cmentarnych.
Latarni gazowych na ulicach miasta,
dawno wygasłych.
Paciorki różańca pamięcią wiązane,
przebieram palcami.
Modlę się do moich gęsi,
szczypały po nogach.
Stawu w porannej mgle śniącym.
Szczebiotu jaskółek.
Dziewczyny,
warkoczami babiego lata strojonej.
Modlę się do pamięci zapomnianej.

AUTOR A.T.



  
AUTOR A.T.

czwartek, 6 sierpnia 2015

WIERNOŚĆ


WIERSZ PIERWSZY
REQUIEM MEMU PSU


W Brzeżańskim stawie
usnęło niebo,
Zmęczone udżwigiem gwiazd.
Nad Brzeżański staw
przybiegł pies przybłęda.
Polizał chłopcu twarz.
Zamieniliśmy się sercami.
Oddałem swoje ludzkie.
Otrzymałem psie.
Moje serce skomle.
Wzywa nad stawu brzeg.
Wołam psa przybłędę.
Podarował serce.
Psie.


AUTOR A.T.






WIERSZ DRUGI
MÓJ EDEN TO LUX


Pies przybłęda. Przywołany marzeniem dziecka.
Wyśniony. Przywędrował z Karpat.
Biegł przez Prut i Czeremoszę. Przez Zaleszczyki.
Dalej na Brzeżany. Przez Kozowę.
Śnił o chłopcu. O mnie, z pajdą chleba w ręku.
Czekałem.

Ktoś skrzywdził. Uderzył. Nie głaskany.
Nie przytulany. Nie całowany w czarny nosI.
Biegł do mnie. Po swoje przeznaczenie.
Po swój los.

Czekałem we śnie nad brzegiem jeziora.
Nad złotą lipą. Z chlebem pachnącym od Mamy.
Odnalazł mnie w Edenie.
Mój Lux. Mój Anioł Stróż.
Już nigdy nie miałem psa.

AUTOR A.T.


  
AUTOR A.T.


  *
 
 
WIERSZ MÓJ
STARY WIARUS


najwierniejszy z wiernych
na skinienie ręki, na głos pana, na dobry czas, 
na pieski świat, na psie życie, na zawsze .

Hau ! hau ! to ja - twój wierny cień
nie odejdę, nie zdradzę, nie sprzedam
za nic mam judaszowe srebrniki
i pełną miskę, i ciepły piec, i kość.

Moje psie serce jest tak wielkie,
jak wielki jest twój ludzki świat .

Oddam ci moje psie serce
za jeden uśmiech, za ciepło dłoni,
za okruszyny z pańskiego stołu
ja - twój cień, twój wierny pies.

I pójdę, gdzie ty pójdziesz,
i wrócę, kiedy zechcesz wrócić,
mój cień pobiegnie za tobą
nawet, gdy mnie już nie zechcesz

A jeśli twój cień odejdzie za kres
to ja, najwierniejszy z wiernych,
wezmę psie serce i pójdę hen, hen,
aż do krainy wiecznych łowów

ja, cień - twój wierny pies
ja, pies - twój wierny cień


AUTORKA: MALINA M
 



AUTORKA: MALINA M


poniedziałek, 3 sierpnia 2015

O PROFESORACH



WIERSZ PIERWSZY
PROFESOROWIE MOJEGO ŻYCIA PROFESOR RUDOLF NAŁĘCKI
PAMIĘĆ O NIM

Spotkanie na bezdrożach losu w Eldorado.
Trwały ślad w mojej pamięci.
Nauczał łaciny i logiki. Przedmiotów trochę na uboczu
w tamtych czasach.
Wrzucał w młodzieńcze łby wiedzę
O starożytnym świecie. Tamtym języku. Poezji.
Wszczepił niepokój. Tęsknotę za tamtym światem,
pozostawionym na Forum Romanum.
Byłem tam. Profesor odszedł.
Wciąż tęsknię za tamtym światem.
Za swoim Profesorem.
Sprawdzał na lekcjach łaciny i logiki
ile urobku z Jego trudów.
Po gospodarsku, jak cepem, wymłócał
z naszej pamięci, jak ze snopów pszenicy,
spodziewany plon.
Radował się gdy Jego trud był nie płonny,
A w kłosach obfite ziarna.
Codziennie rano, szerokim krokiem,
podążał z dalekiego domu, nad rzeką Białą
do gimnazjum. Plecak przerzucony
przez ramię. Obok Krysia, jego córka,
jego księżniczka z bajki o Eldorado.
Kochał swoją Dziewczynkę i pewnie i nas, swoich uczni.
Rozszalałe stado dziewcząt i chłopców.
Zatraconych w słońcu Eldorado.
Wyrwanych ze szponów złego losu.
Surowy. Wymagający, a przecież jego serce krwawiło.
Nie wiedzieliśmy o tym.
Dziewczynka bez mamy.
Mama zamordowana przez niemieckich
faszystów w Oświęcimiu.
Pamięta. Była pilna. Zdolna.
Na grafitowych tabliczkach wypisywała litery.
Uczyła się sama. Miała sześć lat.
Faszyści wtargnęli do Jej domu.
Rewizja. Mamę zabrali. Na zawsze.
Nie wróciła.
Dziewczynka pamięta.

*
ŻYCIORYS
Pana Profesora Rudolfa Nałęckiego.

Urodził się
3 stycznia roku 1988 w Wiedniu.
Był synem leśniczego. Dzieciństwo spędził
w miejscowości Turka k/Sambora.
Gimnazjum ukończył w Samborze,
a studia na Uniwersytecie Lwowskim,
z filologii klasycznej i filozofii.
W latach 1911 – 1926 był profesorem
w gimnazjum lwowskim.
W latach 1918 – 1920 jako artylerzysta
w pociągu pancernym imienia Lisa – Kuli,
brał udział w obronie Lwowa.
Bohatersko walczył. Ranny.
Odznaczony Krzyżem Walecznych.
W latach 1926 – 1936 pracował w gimnazjum
męskim w Tarnowskich Górach.
Ożenił się w 1930 roku z Panią Marią
Szybowską,
Również profesorką gimnazjalną.
Aresztowana w roku 1942 przez gestapo.
Tragicznie zginęła w faszystowskim
obozie śmierci Auschwitz.
Po wybuchu II wojny światowej
mieszkał w Nowym Sączu.
Pracował w szkole handlowej,
a następnie w nadleśnictwie Stary Sącz
jako sekretarz.
W latach 1945 – 1953
był profesorem gimnazjalnym
w miasteczku nad rzeką Białą.
Odszedł w 1973 roku.

Profesor tworzył historię.
Bronił Lwowa. Krzyż Walecznych. Odznaka „Orlęta”.
Ofiara krwi.
Przysięga Pana Profesora Rudolfa Nałęckiego.
rok 1926.
„Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, że
na powierzonym mi stanowisku Urzędowem,
przyczyniać się będę w mym zakresie działania,
ze wszystkich sił, do ugruntowania wolności,
niepodległości i potęgi. Rzeczypospolitej Polskiej,
której zawsze wiernie służyć będę,
a wszystkich Obywateli Kraju w równem mając.
Zachowaniu przepisów prawa strzec będę pilnie.
Obowiązki mego urzędu spełniać gorliwie i sumiennie.
Polecenia mych przełożonych wykonywać dokładnie.
A tajemnicy urzędowej dochowam.
Tak mi Panie Boże dopomóż !

Przysięgę służbową złożyłem,
co stwierdzam własnoręcznym podpisem.
podpis: Rudolf Nałęcki.
Przysięgę odebrałem: Podpis Dyrektora.
Podpisy dwóch świadków.
W Tarnowskich Górach dnia 18 września 1926 r.

PRZYSIĘGI DOCHOWAŁ.
ŚWIADKAMI JEGO UCZNIOWIE.
PAMIĘĆ.

AUTOR A.T.





WIERSZ DRUGI
PROFESOROWIE MOJEGO ŻYCIA 


Pierwsi maturzyści roku szkolnego 1945/46
naukę języka polskiego pobierali u Pani Profesor
Heleny Małeckiej. Pamięć o Niej odeszła wraz z Nimi.
Na cmentarzu w Miasteczku nad rzeką Białą
Jej miejsce spoczynku,
Niezasłużenie zapomniane.

Języka polskiego też uczyła mnie Pani Profesor
Małecka. Wiecznie zatabaczona. Paliła skręty.
Z kieszeni marynarki wydobywała machorkę.
Do zgiętej wpół bibułki wsypywała szczyptę.
Zwijała. Z lubością oblizywała skręt.
Dla szczelności. Zapalała.
Z rozkoszą zaciągała się. Słup dymu unosił się nad Nią.
Szczypało w oczy.
Machorkę preparowała sama.
Była z tego dumna. w zimowe i deszczowe dnie
paliła na korytarzu. Tak było w szkole podstawowej.
w gimnazjum i liceum.
W ciepłe dnie i latem paliła na dworze.
Trzymałem się z daleka, kiedy paliła na korytarzu.
Z powodu gorejącej machorki. Zatykało dech.
Podobna była do parowozu.
Z powodu kłębów dymu i kapelusza na głowie.
Średniego wzrostu. Owalna twarz. Współczujące oczy.
Zatroskane.
Kopcąc skręta obracała głowę na prawo i na lewo
Wyszukując ofiarę do dyskusji. Zwykle padało na mnie.
Byłem w pobliżu, Czekałem na te dyskusje.
W siódmej klasie kupiłem historię filozofii.
Pewnie pod ich wpływem. Parowóz ruszał w moją stronę.
Udawałem, że stoję jak słup soli, czekając na tortury.
Nie dawała się zwieść.
Zawsze to samo: Chcesz cukierka...?
Z kieszeni, a w niej też trzymała machorkę,
Wydobywała kolorowy szklak. Otrzepywała
z okruchów tabaki. Pocierała o poły marynarki.
Wręczała trzymając szklak w palcach.
Kanony higieny naruszała u podstaw.
Wkładałem do ust przesiąknięty smakiem tabaki cukierek,
A z kłębów dymu ledwie prześwitywała Jej twarz.
Wyglądała jak duch.
Gorejąca machorka szczypała w oczy.
Dzwonek. Parowóz odjeżdżał. Chwytałem łapczywie
resztki świeżego powietrza.
Wracałem do życia.
W ciepłe dnie Pani Profesor paliła na dworze.
Nie była podobna do parowozu.
Chcesz cukierka…? Rytuał się powtarzał...
Ciągnęła dalej przerwany temat.
Bardziej słuchała niż mówiła. Wciągała do dyskusji.
Pytała o zdanie. Wiedziała więcej, dużo więcej niż to co
było w programie nauczania. Szanowała odrębne zdanie.
Przestrzegała.
N i e c h l a p j ę z o r e m...
Mówiła wiersze. Rozumiała ich rytm i zamysł.
Mówiła naturalnie, na pozór obojętnie.
Mówiła i głos zanikał...
Litewskie pola zakwitały gryką, jak śnieg biała.
Rejent i Asesor wiedli swoje spory.
Jankiel grał swój nieśmiertelny koncert.
Od stepów Akermana ciągnęło goryczą bylin...
Tęskniłem za stepami Akermana...
To już było w gimnazjum. Za placem sportowym mały park.
Pani Profesor jak zwykle kopciła. Zapach dymu inny.
Pewnie do machorki dodała znanych tylko Jej
wonnych korzeni.
Zaczęła mówić :
„Dwunastu braci wierząc w sny
zbadało mur od marzeń strony,
a poza murem płakał głos,
dziewczęcy głos zaprzepaszczony.
I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o dziewczynie.
Zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie…”
To nie był wiersz Mickiewicza. To nie były sonety krymskie.
Takich słów jeszcze nie słyszałem. Przejmujących.
Był to wiersz Leśmiana o Dziewczynie.
Mówiła dla mnie. Swego ucznia.
Pewnie doszła do wniosku, że nadszedł czas wtajemniczenia.
W programie nauczania takich wierszy nie było.

AUTOR A.T.


  AUTOR A.T.


* Zdjęcia pochodzą z moich rodzinnych zbiorów
i są tylko ilustracją do wierszy.
Na tym zdjęciu moja klasa w podstawówce.
Mam tu 13 lat i śmieszną grzywkę .... a chłopak w okularach, ten pod kwietnikiem, topóźniejszy autor mojego najpiękniejszego zdjęcia w kapeluszu.


piątek, 31 lipca 2015

DZIEWCZYNY Z ELDORADO


WSPOMNIENIA 

W każdej byłem trochę zakochany.
Fotografie.
Wpatruję się w twarze dziewcząt.
Każda inna. każda piękna.
A która najpiękniejsza ?
Nie odgadnę.
Który kwiat na łące jest piękniejszy od innego ?
Nie odgadnę.
Wtopione w zieleń trawy.
Błękit nieba. Blask słońca.
W śpiew ptaków. W powiew wiatru.
Są pięknem świata.


*
DZIEWCZYNY Z ELDORADO
ZOSIEŃKA 

Minęło wiele lat. Bardzo wiele.
Któregoś wieczoru zadzwoniła Zosieńka.
Będę w tamtych stronach, rzekła.
Spotkajmy się.
Tamto miasteczko.
Znów jesteśmy razem.
Zosia. Staszek, Irena i ja.
Nie ma Jasia. Odszedł. Na zawsze.
W Eldorado Zosieńka była naszym kompanem.
Czwartym z muszkieterów.
Rozgadana. Roześmiana. Długi warkocz.
Niepojęte.
Nie podkochiwaliśmy się w tej Dziewczynie.
Nie kocha się wiatru. On jest.
Nie kocha się wody i powietrza. One są.
Nie kocha się ziemi. Ona jest.
Stąpa się po niej.
Zosieńka bez warkocza. Obcięła na studiach.
Wciąż te same oczy roześmiane. Rozgadana.
W dole miasteczko.
Wieże kościoła farnego. Słońce. Lato.
To już nie jest nasze Eldorado.
Przeminęło.
Miasto zamarło. Kąpielisko zrównane z ziemią.
Wpatruję się w twarz Zosieńki.
Słucham jej opowieści.
Wciąż widzę tamtą Dziewczynę.
Dziewczynę z Eldorado. Z warkoczem.
Stałem obok.
„Czegoś jest żal…” Powiedziała.
Tęskniła za Eldorado.
Ostatniego lata była sama w tamtych stronach.
Zadzwoniła.
„Brakowało ciebie...” rzekła ze smutkiem.
Czekałem na te słowa. Są słowa, na które czekamy.
Też wracam samotnie w tamte strony.
W tamte czasy. Tęsknię za Eldorado.
Mijam swój dawny dom, przejazd kolejowy.
Tam mieszkałem bardzo dawno.
Ten przejazd pamięta Zosieńkę.
Każdego ranka grzmiał łoskotem kół parowozu.
Zgrzyt hamulców. Metaliczny pisk.
Parowóz zapiera się o szyny. Iskrzy. Zwalnia.
Wagony napierają. Gotowe stanąć dęba.
Ryk syreny wbija się w niebo.
Dalej skręt w lewo. Stacja Miasto Zdrój.
Miarowy stukot kół ucicha w dali.
Opuszczone szlabany wyłaniają się
z kłębów dymu i pary.
W porannym słońcu lśnią bielą i czerwienią.
I... dziewczyna.
Oparta o rower.
Wiatr rozwiewa warkocz. Roześmiana.
N a ro d z i n y w e n u s.
Za rok lub dwa matura.
Uzyska tytuł lekarza medycyny.
Zostanie ginekologiem.
Dumny jestem z tamtej Dziewczyny.
Pozostała w Eldorado.

AUTOR A.T.



 
*
DZIEWCZYNY Z ELDORADO
HANECZKA 

Eldorado przeminęło.
Pozostała tęsknota za tamtym czasem,
za tamtymi dziewczynami.
Haneczka Kociuba.
Kolejne moje zauroczenie.
Tym razem byłem onieśmielony.
Wysłałem Piotra w swaty.
Prosiłem go o pośrednictwo.
Miał też przekazać, że jest piękna.
Zgodził się z entuzjazmem.
Przekazał...
Obserwowałem ich z daleka.
Pokładali się ze śmiechu...
Czułem, że ten zbój nie to przekazał.
Hanka omijała mnie z daleka.
Oczy raziły piorunami !
Przekazał:
„ Wiesz... Haniu ! A... Tomek powiada,
że masz krzywe nogi i zeza...”
Obelga !
Takich słów dziewczyny nie przebaczają.
Hanka pewnie nie raz oglądała swoje nogi.
Nie dopatrzyła się ich krzywizny.
Nie dopatrzyła się też zeza.
Ale zerkała na mnie podejrzliwie.
Nie była pewna, czy nie zauważę w jej figurze
innych wad.
Po kilku dniach Piotr wyraził skruchę.
Hanka zaśmiewała się do łez.
Spoglądała jednak podejrzliwie.

AUTOR A.T.





*
DZIEWCZYNY Z ELDORADO
JOASIA 

Nie ma już dawnych szlabanów.
Na pustym przejeździe stalowe szyny
powlekła rdza.
A my wciąż samotnie powracamy
w tamte strony. W tamte czasy.

Joasia.
Przelotna szkolna miłość.
Wzajemna fascynacja.
Błąkaliśmy się po okolicznych
polnych drogach. Byliśmy szczęśliwi.
Po wielu latach odnalazłem tamte
polne drogi. Zarosły.
Minąłem spaloną stodołę i sad.
Resztki drzew. Pola. Łany zbóż.
W niebie zawisł skowronek.
Śpiewa ukryty w słońcu.
Wiatr. Tamten wiatr. Odnalazł mnię.
Szumi w zbożu.
Przygina kłosy pszenicy do ziemi.
Na chwilę ucichł. Zamyślił się.
O czym myśli ? Kogo wspomina ?
Dziewczynę w niebieskiej sukience w białe groszki.
Krucze włosy opadają na szyję.
Mienią się w słońcu.
I maki.
Dziewczyna zapatrzyła się na maki.
W zbożu zawsze rosną maki.
Dziewczyny i maki pozostały w Eldorado.
Tęsknię za nimi.
Wciąż tam są.
W Eldorado kwitły maki.

Tęsknimy. Czegoś jest żal.
Nasze powroty to pożegnania.
Na polnych drogach.
Na bruku tamtego miasteczka szukamy
śladów dziewcząt i chłopców,
z którymi dorastaliśmy,
sposobiąc się do startu w życie.
W przebrzmiałym gwarze szkolnych sal
szukamy siebie, obok innych.
Bliskich nam dziewcząt i chłopców.
Ale nas i ich już tam nie ma.
Eldorado przeminęło.
Tego jest żal.
Wracamy samotnie w tamte strony.
Z ułomnej pamięci,
z bezkresu zapomnianych
zdawałoby się chwil. Zdarzeń. Przeżyć.
Wyłania się tamten świat.
Nasze Eldorado.
Miasteczko na brzegu rzeki Białej.

AUTOR A.T.





*
DZIEWCZYNY Z ELDORADO
JANECZKA

Dziewczyna z chłopskiej rodziny.
Deportowana na sybir.
Dawne czasy. Bal maturalny.
Tańczymy. Gra orkiestra.
Ubrana w granatową spódniczkę,
kolorową bluzeczkę. Piękna.
Cudownie piękna. Kotyliony. Bufet.
Rysio wodzirejem. Para na prawo.
Para na lewo. Polonez.
Gra orkiestra. Bal.
Pod sklepieniem auli kula z lusterkami.
Obraca się. Odbija promienie reflektora.
Mienią się tęczą. Gra orkiestra. Bal kotylionowy.
Blaski światła padają na twarz Janeczki.
Jest szczęśliwa.
Na bluzeczce kotylion z numerem.
Na moim ten sam.
Wylosowaliśmy te same numery.
Tańczymy razem.
Grzmi orkiestra. Zagłusza głosy rozmów.
Gwar, śmiech. Para na prawo. Para na lewo.
Bal.
Pod ścianą grono pedagogiczne. Bacznie śledzi,
ażeby nie było nadmiernych przytulań.
Tańczymy na odległość.
Janina !
Obok Pani Wychowawczyni.
Dlaczego nie jesteś w białej bluzce ?
Idź do domu ! Przebierz się ! Pobiegła.
Od liceum do domu dziewczynki
parę kilometrów. Biegła.
Minęła kościołek gimnazjalny.
Rynek z rozdartą lipą. Pocztę.
Dalej ulicą Kościuszki na obrzeże miasta.
Tam jej dom. Pośpiesznie zmieniła bluzeczkę.
Wracała.
Biegła. Wciąż biegła.
Chłopskie dziewczynki są wytrzymałe.
Śpieszyła się na bal. Była zmęczona.
Wiatr osuszał łzy.
W kolorowej bluzeczce też była piękna.
Najpiękniejsza na świecie.
Pewnie wymarzyła sobie jej kolor i krój.
Chłopskie dziewczynki są wytrzymałe.
Wciąż w życiu biegną. wciąż się śpieszą.
Ledwie podrosną doją krowy.
Później wyrzucają gnój. Później ładują
snopy na wóz. Nie mają czasu na sen,
na naukę.
Chłopskie dziewczynki są wytrzymałe.
pomagają swoim Mamom,
bo to też są Dziewczynki. Tylko starsze
i zawsze zmęczone.
Chłopskie dziewczynki z eldorado.
Odnalazłem dom. Stalowa furtka.
Druciany płot. Za furtką ganek, schody i pies.
Leży na murku. Pilnuje domu. Przybiegł drugi.
Kwiaty. Kaskady kwiatów przed domem.
Czerwień i biel. Błękit kwiatów i nieba.
Słońce. Zamknięte okna. Dzwonek przy drzwiach.
Na ganku pies. Bezruch.
A kogo pan szuka ?
Odezwał się głos sąsiada z domu naprzeciw.
Wychylił się z okna. Bacznie obserwuje obcego.
Szukam panią Janinę. Odparłem.
Koleżankę ze szkoły. A...
Pewnie poszła do kościoła. Niech pan dzwoni.
Może ktoś tam jest. Otworzyłem furtkę.
Jeden pies leżał na murku i groźnie na
mnie patrzył. Drugi zamachał ogonem.
Stanąłem na stopniu. Pies na murku
podniósł się, Zawarczał. Groźnie szczeknął.
Tylko, że tego szczekania ledwie było słychać.
Był malutki. Podobny do wiewiórki,
Ale ogon miał jak pies. Sierść jak ptasie piórka.
Na pyszczku wąsy i kosmyki sierści.
Podałem rękę. „Ugryź, ugryź dla zdrowia...” Zachęcałem.
Jeszcze raz szczeknął i zawstydził się.
Pogłaskałem pod szyjką.
Psy bardzo lubią głaskanie pod szyjką.
Najbardziej jednak to po brzuszku.
Głaskałem pieska po brzuszku,
leżał na plecach. Podwinięte łapki.
Był wniebowzięty.
Drugą ręką przytrzymywałem,
ażeby nie spadł z murku.
To Centuś !
Centuś...
Odwróciłem się. To była ona.
Janeczka !
Opromieniona słońcem.
Zaprosiła do środka. Schludnie, przytulnie.
Schody na piętro. wiszą myśliwskie trofea.
Tam mieszka syn. Rzekła. Jest leśniczym.
Zaparzyła kawę. Usiedliśmy w kuchni.
Centuś położył się u stóp gospodyni.
Za oknem tamto miasteczko.
Zapatrzyłem się w tamtą dal.
Mówiła o przeżytych latach.
Zdała maturę. Wybierała się na studia.
Marzyła o prawniczych.
Ten sam zaśpiew kresowy w mowie.
Pamiętam ten zaśpiew.
A dlaczego Centuś ? Zapytałem.
Syn kiedyś przyniósł szczeniaczka.
Zapłacił dolara. Podobno rasowy.
Nazwijmy pieska: „Dolar”. Zaproponował.
A jakiż to dolar. Zaoponowałam.
To ledwie centuś. I tak zostało. Centuś.
Pies wpatrywał się w oczy gospodyni.
Razem ze mną słuchał jej opowieści.
Zapach kawy. Czasami machał ogonkiem.
Był podobny do wiewiórki.
Za oknem tamto miasteczko
i bezkres nieba. 

AUTOR A.T.



AUTOR A.T.


* Zdjęcia pochodzą z moich rodzinnych zbiorów
i są tylko ilustracją do wierszy.

czwartek, 30 lipca 2015

O AUTORZE SŁÓW KILKA

Niewiele tu prywatności.
Minęło osiemdziesiąt lat.
Dzieciństwo w Brzeżanach.
Tam gospodarstwo na dorobku.
Rodzeństwem oprócz siostry i brata
gęsi, kaczki, psy, kury, koty, krowy, konie.
Ukraińskie mordy i sybir.
Powrót z zesłania w 1946 roku.
Gospodarka rodziców za mienie zabużańskie.
Szczęśliwe lata szkolne, gimnazjum, liceum.







Miasteczko zagubione wśród lasów i gór 
na pograniczu z Czechosłowacją.
Tam dorastałem wśród
koleżanek i kolegów ocalałych
z pożogi wojennej, z żydowskich gett,
powstania warszawskiego, zesłańców
sybiru, repatriantów i Ślązaków.
Moje eldorado.
Dozgonne przyjaźnie. Profesorowie
oddani sercem i duszą swoim uczniom.
Wymarzone radosne studia techniczne.
Samorealizacja w pracy zawodowej.
Wirowanie w świecie techniki i techologji
dorównywujących światowemu poziomowi,
Emerytura.
Przeżyte lata zapisane w wspomnieniach.
Wdzięczna pamięć i nostalgia przemijania.
Fragmenty na stronie Pani Anny.


AUTOR A.T.


* Zdjęcie z moich zbiorów.
Przesadzone drzewo pięknie wyrasta do nieba 
ale korzenie na zawsze pamiętają smak 
TAMTEJ ZIEMI

poniedziałek, 27 lipca 2015

DEDYKACJA


WIERSZ TRZECI O BRZEŻANACH
BRZEŻAŃCZYKOM,
KTÓRYCH NIE ZNAŁEM


Na starych fotografiach
postacie,
których nie znałem.
Poszedłem do domu
po drabinę
dolny koniec oparłem o brzeg stawu.
Górny o krawędź nieba.
Na niebiańskiej łące
chatka pod strzechą.
Drzwi otwarte. Zapukałem. Wszedłem.
Dobry Bóg przy kominku
spożywał wieczerzę.
gwiezdny pył omaszczony wiatrem.
Zapytałem sędziwego Boga.
Czy pamięta tych,
których nie znałem,
z utraconego miasta ?



Bóg
spojrzał przez okno
na miasto.
Staw. Wzgórza. Lasy. Doliny.
Ulice płonące latarniami.
Cmentarne krzyże. Obeliski.
Otarł łzę rękawem.
Odniosłem drabinę do domu.
Ale mego domu już nie było.
Na starych fotografiach
postacie,
których nie znałem.
Idą ulicami miasta.
Śmiech. Gwar.
Śpieszą do swoich domów.
Wpatruję się w ich twarze.
Ocieram łzy
rękawem.


AUTOR - A. T.




* Zdjęcie z moich zbiorów.
Na zdjęciu ulica przedwojennego Złoczowa.
Siostra mojej babci ze swoim mężem.

niedziela, 19 lipca 2015

PAMIĘĆ


WIERSZ PIERWSZY O BRZEŻANACH
WEŹ MNIE ZA RĘKĘ


Weź mnie za rękę.
Drogą słoneczną, tęczową
zaprowadź do Brzeżan.
Na nieboskłonie turkot gromów.
Na furmance Bóg jedzie do młyna.
Zmiele zboże.
Rozda głodnym po kawałku chleba.
Dom rodzinny. Mama sypie ziarno kurom.
Gwar gęsi i kaczek.
Stoję obok, ale mnie tam nie ma.
Błądzę w krainie luster.
Odbicie stawu i miasta.
Tak trudno wracać w samotne dzieciństwo.
Krzyk gęsi. Gęgot radosny.
Szczypały po nogach.
Nie ma moich gęsi.
Szczekanie psa przybłędy
Pędzi na spotkanie.
Nie pogłaszczę.
Mama woła na śniadanie
Mamałyga z mlekiem.
Nie przyjdę.
Mnie tam już nie ma

AUTOR - A. T.


 
.


WIERSZ DRUGI O BRZEŻANACH
GŁODNA PAMIĘĆ


Zmierzch.
Za oknem szaruga.
Błotną drogą brnie pamięć.
Kostur w dłoni żebraczy.
Otworzyłem drzwi na oścież.
Weszła cicho. Usiadła w kącie.
Nalałem zacierki do miski.
Wrzuciłem garść cukru.
Szczyptę soli do smaku.
Głodna pamięć przy stole.
O nic nie pytam.
Otworzyła mama drzwi na oścież.
Gwar gęsi i kaczek na dworze.
Słońce ogniste.
Biegnę drogą znajomą. Łany zbóż falują.
Przede mną mój Lux. Pies przybłęda.
Grobla. Siółko. Wyniosły Bernardyn.
Dalej kościół farny. Zamek.
Stary młyn. Dom rodzinny.
Na progu Mama. Sypie zboże kurom.
Głodna pamięć przy stole.
Dźwięk łyżki o talerz.
O nic
nie pytam.



AUTOR - A. T.





MIŁOŚĆ


WIERSZ PIERWSZY O ZŁOCZOWIE
MIŁOŚĆ


Jak mam  opisać tamten świat ?
ulice, które są, a ich nie ma i okna
których światło jest tylko wspomnieniem.
Poważnego Żyda z poważnymi pejsami
wesoły kapelusik  grzecznej dziewczynki
i buciki, co odliczają kroki do szczęścia.




Jak mam opisać tamto szczęście ?
małą zazulkę, co na duże Zazule
przyfrunęła zdziwiona ich pięknem,
Zachód słońca na Woroniakach
sady wiśniowe, jak panny niewinne
i jary, co wojny zapomnieć nie mogą.

Jak mam opisać tamten dom ?
dziewczynkę ze śmieszną kokardą
lalkę z warkoczem i konia z siodłem,
co zbyt duże dla małej dziewczynki.




Jak mam  opisać tamtą radość ?
smak ciastek, najlepszych, od Maćkówki
zapach książek u Zuckerkandla.
Zegarek z cyferblatem i śmieszne binokle
pannę, co spiekła raka, westchnienie ułana
i zakochane drzewa na Kempie

Jak mam opisać tamten czas ?
niebo, co na przekór losowi błękitne
srebrne cygara, pachnące fosforem.
Kromkę chleba z cebulą i płonące getto
i królika Rafała, co oczy miał czerwone
i poszedł pod nóż w czasie głodu.




Jak mam opisać tamten ból ?
pospieszne rozliczenie z młodością
kilka sprzętów, listy, kilka pamiątek.
Śpiew kanarka, co oszukał wojnę
szum deszczu,  miarowy stukot kół
i mgłę, co rozstaniem na serce opada.

Jak mam opisać
tamten Złoczów …


MALINA M*